Zaznacz stronę

Na seans „Immortals” zawitałem przede wszystkim z powodu osoby reżysera, Tarsema Singha. Facet ma naprawdę silnie rozwiniętą wyobraźnię wizualną, co pozwalało mu jak dotąd (Cela, Magia Uczuć) tworzyć w swoich filmach naprawdę cudne, ruchome obrazki. W swym najnowszym dziele udowadnia, że pod tym względem ciągle jest cholernie utalentowanym gościem. Pomimo tego sytuacja jest  dość dziwna, bo i owszem film nie jest ani przesadnie głupi, ani naiwny, kręcony zupełnie na serio, nie przeładowany efektami itp. No i oczywiście napakowany urywającymi głowę kadrami i wizualnymi smaczkami.  Co z tego jednak, skoro „Immortals” całościowo jest po prostu jakiś taki… nieciekawy. A może powinienem powiedzieć: nudny.

Szkoda, bo potencjał niewątpliwie był. Scenariusz bierze na tapetę mitologię grecką z całym swoim bagażem, czyli panteon bogów olimpijskich, tytanów i  resztę dziadostwa. Mity greckie to źródło olbrzymich możliwości kreacyjnych, ale o dziwo jakoś do tej pory Zeus i spółka nie potrafili doczekać się jakiegoś naprawdę godnego filmu ze swoim udziałem. W każdym razie, fabuła wrzuca nas w buty Tezeusza, ubogiego mężczyzny żyjącego wraz matką gdzieś na wybrzeżach Grecji. Chłopak dzieli swój czas pomiędzy pracą, opiekę nad rodzicielką i rozmowy z pewnym sędziwym przyjacielem, który przy okazji udziela mu lekcji posługiwania się bronią. Okazuje się, oczywiście całkowicie niespodziewanie, że bardzo szybko przyjdzie mu się wykazać w walce. Na jego wioskę, napada bowiem wcielenie niegodziwości w postaci króla Hyperiona, który wymarzył sobie, iż w podzięce bogom za śmierć żony i syna, uwolni – zamkniętych w otchłani Tartaru – tytanów. Do tego jednak potrzebuje dawno zaginionej broni o mistycznej potędze – Łuku Epirusa, dlatego też (w przerwach pomiędzy byciem złym i podłym) przeszukuje wszelkie możliwe miejsca w których wspomniany Łuk mógłby się znajdować. Trafia i do wioski Tezeusza, gdzie morduje wszystkich po kolei w tym także matkę naszego bohatera, a jego samego wysyła do pracy w kopalni soli. Przeznaczenie szybko się jednak upomni o naszego dzielnego herosa. Został On bowiem naznaczony przez samych bogów (którym Zeus wcześniej zabronił mieszać się w ludzkie sprawy) do pokonania zła zagrażającego spokojnej dotąd krainie. Dalej już idzie z górki. Mamy główny quest, motywację i arcywroga do pokonania. Można ruszać.

Największą zaletą filmu Tarsema jest zachwycająca strona techniczna. Każde ujęcie, każdy kadr, każda scena jest tak dopieszczona jak tylko można, skutkiem czego otrzymujemy na ekranie prawdziwą  ucztę wizualną. Indyjski reżyser świetnie zdaje sobie sprawę z możliwości jakie niesie operowanie obrazem i dlatego obserwować możemy zachwycające panoramy, ciasne zbliżenia i parę naprawdę nietypowych ujęć (labirynt!). Ja jednak Tarsema cenię za to co wielu reżyserów nieco zaniedbuje, a mianowicie za odważną grę kolorystyką scen. Zadziwia mnie ile magii ten facet potrafi wydobyć ze, zdawałoby się niczym nie wyróżniającej się, sceny poprzez zwykłą zabawę kolorami (kontrast, spójność itp.). Dodać do tego odważne designerskie pomysły (świetnie stroje) i oto otrzymamy film naznaczony wyraźnym indywidualnym piętnem. Może wizualnie budzi delikatne skojarzenia z „300”, zwłaszcza poprzez przedstawienie walk, ale na szczęście jest od niego na tyle różny, że nie ma mowy o pomyłce.  Podobało mi się również postawienie przez twórców na użycie  dekoracji niż wykorzystywanie green boxa oraz spora dawka  nie cenzurowanej brutalności. Za to niewątpliwie należy się szacunek.

W tym momencie kończy się ta część w której mogę pochwalić „Immortals”, a zaczyna się litania pretensji. Fabuła, wyglądająca na pierwszy rzut oka nawet obiecująco, jest niestety najsłabszym punktem filmu. Pourywana, poszarpana, z wątkami które raz się zawiązują a raz gdzieś znikają na dłuższą chwilę.  Wyraźnie przeszkadza to w oglądaniu i poczuciu zatopienia się w ten oryginalny świat. Jest kilka ciekawszych motywów (choćby ten związany z boską interwencją), ale zostały one poświęcone na ołtarzu szalejącej akcji.  Do tego naprawdę okropne dialogi, które prowadzą między sobą bohaterowie. Nikt tu tak naprawdę  nie rozmawia, bo wszyscy po prostu przemawiają. Może i takie było założenie aby przyjąć strukturę bohaterskiego eposu, ale to nie zmienia faktu, że ścieżka dialogowa powoduje prawdziwy ból nie tylko uszu, ale  i duszy. Duży zawód sprawiło mi jeszcze zmarginalizowanie bogów olimpijskich, którzy niby pełnią ważną rolę w fabule, ale chciałoby się ich zdecydowanie więcej popodglądać. Wszystko to co o czym wspomniałem sprawia, że historia jakoś nie chce wzbudzić specjalnego zainteresowania. Tuż po zobaczeniu zakończenia miałem dziwne wrażenie, iż tak naprawdę niewiele się zmieniło a scenariusz tylko prześlizgnął się po każdym temacie z osobna.

Aktorzy, w obliczu scenariuszowej bylejakości, jeszcze sobie jakąś radzą. Henry Cavill jako Tezeusz może się podobać, bo ma i wygląd twardziela i dość charyzmy aby zainteresować swoją osobą widza. Mickey Rourke w roli króla Hyperiona częściej mnie irytował niż przerażał, ale stanowi dobry kontrapunkt dla kryształowego Tezeusza. Jest jeszcze Freida Pinto o której można powiedzieć chyba tylko tyle, że ładnie wygląda. Zresztą jej rola kojarzyć mi się będzie z wyjątkowo perfidnym oszustwem. O czym mówię? Otóż jest w filmie scena w której grana przez nią bohaterka pokazuje publiczności swój, niewątpliwe zgrabny, tyłeczek. Byłoby to bardzo przyjemne wspomnienie, gdyby nie fakt,  że tak naprawdę były to pośladki całkowicie innej aktorki. Skądinąd wciąż bardzo ładne, ale nie zmienia to faktu, że  już dawno nie poczułem się tak oszukany ; )

Ekhm… wystarczy już tego rozwodzenia się nad pewnymi częściami ciała, bo to w kontekście filmu mało istotne (jaaaasne…). Czas na podsumowanie. „Immortals” to nie kompletna porażka, ale też nic specjalnego. Ot średniak jakich wiele. Reżyserowi następnym razem życzę lepszych scenarzystów, bo z całą resztą niewątpliwe  doskonale da sobie rady. Furtka na sequel została zostawiona. Zobaczymy co z tego wyjdzie, bo mój niezawodny nos wyczuwa klęskę w światowym Box Office. Czas pokaże. Póki co mogę napisać tylko jedno.

Nuda. Nuda Panie Tarsem. Wprawdzie ładnie opakowana, ale to dalej NUDA. I tym niemiłym akcentem…