Zaznacz stronę

To nie mogło się nie udać. Sukces „Avengers” stał się faktem. Pięć wcześniejszych filmów nie poszło na marne. Potencjał postaci nie został zaprzepaszczony, a miliony dolarów utopionych w kampanii reklamowej, nie zostały wyrzucone w błoto. Kurek z pieniędzmi został odkręcony, a złotonośna kura spogląda teraz  z zazdrością na pęczniejące kieszenie szefów Marvela. „Avengers” to znakomite zwieńczenie dotychczasowej strategii producentów oraz last but not least świetne kino rozrywkowe, które przed nikim kłaniać się nie musi.  Fuck yeah!

Pamiętasz może drogi czytelniku, jaki filmy z młodości wspominasz najmilej i do których ciągle wracasz mimo upływu lat? Ja pamiętam. Doskonale wiem, że nie był to żaden przedstawiciel obyczajowego kina irańskiego, „Powiększenie” Antonioniego albo  nieśmiertelny „Obywatel Kane”. I choć z ręką na sercu potrafię docenić chociażby ambitne dzieła z Dalekiego Wschodu czy piać z zachwytu nad ponadczasowością „Odyseji kosmicznej”, to i tak gdy przychodzi, co do czego to najbardziej czekam na historie, które kiedyś fascynowały mnie jako dzieciaka.  Chyba nawet zatwardziały miłośnik kina albańskiego, z rumieńcem na twarzy przyzna, że z przebierałby nóżkami z podniecenia gdyby jutro okazało się, iż Steven Spielberg  właśnie reżyseruje kolejną część „Parku Jurajskiego”, a Robert Zemeckis ma w planach dokręcenie dalszego ciągu do „Powrotu do przyszłości”. Ale wiara w takie produkcje bywa czasem złudna. Jednak od czasu do czasu pojawia się coś, co odwołuje się do dziecięcych marzeń, a jednocześnie nie obraża ani inteligencji ani wyobraźni dorosłego człowieka jakim jesteś teraz. Tacy właśnie są „Avengers”.

Fabuła to proste podsumowanie dotychczasowych wydarzeń znanych z dwóch części „Iron-mana”, „Hulka”, „Thora” i „Kapitana Ameryki”. Głównym zagrożeniem dla Ziemi jest tym razem Loki – adoptowany brat Thora.  Chcąc zemścić się na bracie za doznane wcześniej krzywdy postanawia podbić Ziemię, a z ludzi uczynić swoich niewolników. Chociaż Loki jest przeciwnikiem niezwykle groźnym, a przy okazji bardzo przebiegłym, to motorem napędowym scenariusza jest przede wszystkim geneza zawiązania się tytułowych Avengers. Supergrupy bohaterów chroniących planetę przed niebezpieczeństwami przekraczającymi ludzką wyobraźnię. Będzie grubo.

Scarlett Johansson cudna jak zawsze

Ileż tu jest kapitalnych momentów! Thor kontra Hulk! Hulk vs Loki! Pojawienie się Bruce’a Bannera na polu walki w finałowej bitwie czy Hawkeye zestrzeliwujący kosmitę którego nawet  nie widzi. Prosta fabuła została poprowadzona z precyzją zakochanego po uszy fana, a sztampowe postacie naszkicowano świetnym dialogiem i ciętą ripostą. Mamy jak zawsze pyszałkowatego Roberta Downey Juniora, szlachetnego aż do przesady Kapitana Amerykę, seksowną Czarną Wdowę, heroicznego Thora, zimnego Hawkeye oraz Marka Ruffalo jako nowego Hulka. Ten ostatni zresztą to niespodziewana gwiazda filmu, która kradnie całej reszcie obsady najlepsze sceny. Zarówno, jako potężny Hulk, jaki i wiecznie zestresowany Bruce Banner. Nagromadzenie tylu mocarnych charakterów w jednym miejscu, mogło bardzo łatwo spowodować nierównomierne rozłożenie ekranowego czasu przypadającego na każdego z nich z osobna. Na szczęście jednak wszystkim herosom poświęcono na tyle dużo miejsca by mogli zabłysnąć kiedy trzeba. No i nareszcie ktoś należycie dopieścił głównego villaina. Tom Hiddleston jako Loki jest kapitalnie złowieszczy, charyzmatyczny i przebiegły jak sto diabłów. Avengers mają z nim nie lada przeprawę.

Marvel bardzo sprytnie rozegrał całą szopkę z „Avengers”. Wypuszczając na rynek poprzednie filmy oparte na postaciach ze swojego uniwersum dał również solidną podstawę widzowi mniej wprawionemu w komiksowej kulturze. Dzięki czemu  z całej masy mniej lub bardziej subtelnych nawiązań do obrazów poprzedzających premierę „Avengers”, będą mogli się cieszyć nie tylko Ci, którzy w środku nocy potrafią wyrecytować biografię Kapitan Ameryki czy kojarzących jak na drugie imię ma Nick Fury (a ma takowe!). Oczywiście najbardziej ukontentowani będą i tak zapaleni komiksowi nerdzi.  Zresztą sam reżyser – Joss Whedon –  jest taką osobą.

Ekipa w komplecie

Niestety, jak to w blockbusterach zazwyczaj bywa,  scenariusz miejscami kuleje. Szczególnie mowa tu o pierwszych kilkudziesięciu minutach. Mimo, że Whedon urozmaica prostą fabułę jak tylko potrafi to zawiązanie akcji trochę się nie klei. Wprowadzenie mimo ciekawego – trochę innego od reszty filmu –  klimatu zamiast zaciekawienia wywołuje lekkie zniecierpliwienie i dopiero po pewnym czasie obraz Whedona rusza z kopyta i utrzymuje wysokie tempo, aż do imponującego finału. Coś więcej? Może jeszcze format obrazu niepasujący do wizualnych fajerwerków, zdjęcia rzadko kiedy zahaczające o finezję oraz kilka pomniejszych głupot. Macham jednak na to ręką, bo już dawno nie miałem takiej ochoty na powtórny seans. A co!

Każdy, kto choć przez chwilę miał styczność z facetami (i z paniami, oczywiście też) w śmiesznych trykotach raz za razem ratujących świat (a czasem wszechświat) będzie tym filmem zachwycony. Również ci, dla których priorytetem w kinie jest przede wszystkim doświadczenie przygody. Najlepiej takiej podlanej efektownym sosem szeroko pojętej fantastyki i science-fiction. Pozostali też będą się setnie bawić, bo Joss Whedon – który popisał się ostatnio scenariuszem do świetnego „Domu w głębi lasu” – udowadnia, że jest właściwym człowiekiem na odpowiednim miejscu. „Avengers” w jego wydaniu błyszczą zarówno humorem sytuacyjnym jak i slapstickowym dowcipem, a ostre jak brzytwa dialogi pomiędzy bohaterami mówią nam o nich znacznie więcej niż  wszystkie heroiczne czyny, których się dokonują. Whedon pięknie przenosi lekkość komiksowej historii, nie tracąc przy tym głowy, gdy trzeba zagrać na bardziej dramatycznej nucie. Choć komiksowy anturaż może czasem nieco razić plastikiem prosto z taniego widowiska s-f, to szacunek z jakim twórcy podchodzą do materiału źródłowego pozwala na prawie 2,5 godzinne zawieszenie niewiary i szybkie zaakceptowanie pstrokatej konwencji. Czyli co? Kino dla każdego? Całkiem możliwe, ale ręki bym sobie nie dał za to uciąć. Ale jakiś palec, to na pewno…