Zaznacz stronę

Jakby ktoś mnie zapytał z czym kojarzą się mi moje młodzieńcze lata, to bez wahania odpowiedziałbym, że z  tanimi komiksami Tm-Semic masowo  kupowanymi na tzw. Rynku Balcerowicza w Rzeszowie (dzięki Mamo!), z godzinami spędzonymi przy  Pegasusie (dzięki Tato!), z nieprzebraną ilością wolnego czasu, z graniem w piłkę nożną byle gdzie i byle jak,  oraz oczywiście z wizytami w lokalnych wypożyczalniach wideo. Wychowywało się i dorastało przy produkcjach Camerona, Ridleya Scotta czy Mctiernana, które oprócz bycia kwintesencją zajebistości (Mamo, Tato wybaczcie!) , niosły jeszcze edukacyjne treści. Po zaliczeniu dwóch części „Obcego” i pierwszego „Terminatora” taki dorastający młody człowiek  jak Ja wiedział już, iż w wszechświecie nie ma bardziej niebezpiecznej istoty niż kobieta. „Predator” z kolei uczył by walczyć niezależnie od tego jak silny jest przeciwnik. „Terminator 2” pokazywał czym jest prawdziwa przyjaźń i poświęcenie. „Mucha” udowadniała społeczną szkodliwość pracoholizmu, zaś dzięki seansowi z „Coś” wiedziało się,  żeby ufać nikomu więcej jak tylko samemu sobie i w ogóle życie to nie jest jakaś tam cholerna bajka. Wspominam o tych wszystkich cudownych rzeczach nie bez powodu, bo w trakcie seansu prequela „Cosia” jakoś odruchowo sięgnąłem pamięcią do tego pięknego, beztroskiego okresu. Niestety nie dlatego, że „The Thing” Anno Domini  2011 przywołuje takie wspomnienia, a dlatego, że w ten sposób mój organizm bronił się przed niespotykaną dawką marności jaką zaserwowali nam twórcy prequela. Tak… jest aż tak źle. Niestety. To będzie krótka recenzja.

Jak wszystkim wiadomo, w filmie z roku 1982 Amerykanie przybywają na Biegun Północny by zbadać co wydarzyło się na norweskiej stacji polarnej. Prequel pozwala na prześledzenie losów  polarników, odkrywając to co dotychczas pozostawało tylko w sferze domysłów dla wszystkich fanów filmu Johna Carpentera. Właściwie to już wszystko co powinniście wiedzieć o historii napędzającej akcję tego filmu, bo nowy/stary „The Thing” to w gruncie rzeczy powtórka z rozrywki, zrealizowana jednak kilka klas gorzej od słynnego poprzednika. Nowy „Coś” kopiuje niemal wszystkie motywy znane z Carpenterowskiej wizji, odejmując nieco tu i ówdzie, a gdzie indziej znów dodając ciut od siebie. W efekcie dostajemy całkiem inny film, chociaż w zasadzie prawie taki sam. Poplątane? Jak cholera.

Starcie pomiędzy polarnikami a obcą formą życia teraz bardziej przypomina dosłowny slasher niż elegancki film grozy. Mechatronika sprzed prawie 20 lat została zastąpiona przez CGI, które choć czasem wygląda naprawdę przyzwoicie, to jednak w żadnym calu nie przywołuje tego dreszczu przerażenia jaki budziły mechaniczne twory Bottina. Samemu obcemu pozaziemska inteligencja pomyliła się chyba z pozaziemską głupotą bo to dość dziwne, że potwór w roku 1982 wiedział po co i w jakim celu imituje inne organizmy, a ten z roku 2011 robi to chyba tylko z obowiązku. W końcu nawet kosmita musi za coś wyżywić rodzinę, prawda? A może po prostu holenderski reżyser nie zrozumiał filmu Carpentera?  Uleciała więc gdzieś poprzednia subtelność w prowadzeniu akcji, a zarośniętego niczym pustelnik z 50-letnim stażem Kurta Rusella zastąpiła bladolica pani doktor. Ot, znak czasów.

Twórcy wprawdzie cały czas starają się o to byśmy odczytywali ich film jako hołd dla klasyki (dobre dekoracje, odwołania do poprzednika), ale wciąż brakuje im talentu,  aby pewne rzeczy przeskoczyć. „The Thing” AD 2011 to cały wór mniejszych lub większych głupotek, których nijak nie można wybaczyć. Czego tu nie ma? Idiotyczne rozbijanie jedności miejsca akcji, bezsensownie wybiegana końcówka, niepotrzebne efekciarstwo, obcy-kretyn czy  przeraźliwie częsty brak zgodności z oryginałem. Do tego pasujący do całości jak pięść do nosa (choć sam w sobie fajny) epilog  czy bohaterowie tak bezpłciowi  iż nie da się ich od siebie rozróżnić. I tak dalej, i tak dalej, bla bla bla.  Czy ten film ma jakąś poważniejszą zaletę? Tak. Kończy się.

Złe to dzieło, ale projekcja upływa względnie szybko, bo przecież motywy jakie wykorzystuje reżyser Matthijs van Heijningen Jr. to niemal horrorowy samograj. Praktycznie wszystkie punkty kulminacyjne oryginalnego „The Thing” znajdują własne miejsce w swoim nowym odpowiedniku. Dzięki czemu bardzo, ale to bardzo rzadko, zdarza się reżyserowi przywołać ten dawny klimat niepewności i strachu przed najbliższym towarzyszem, co do którego nie wiadomo czy jest jeszcze przyjacielem czy już wrogiem. Dzieje się to jednak tylko w niektórych momentach, bo przez całą resztę film grzęźnie we własnych, chybionych pomysłach.

Tak mniej więcej wyglądałem po zakończeniu projekcji

Z moich dotychczasowych narzekań może wyglądać jakbym życzyłbym sobie niczego innego jak kropka w kropkę starego „Cosia”, ubranego jednak w nowe szaty. Otóż nie. Jeden taki kultowy film, to aż nadto. Opisywany Prequel jest za to żywym dowodem na nietykalność pewnych rzeczy i gdyby tak w próżni mógł rozchodzić się dźwięk to po premierze tego pseudo-dzieła jeszcze długo w kosmosie słychać byłoby jedno krótkie pytanie. Po co? No właśnie, po co? Nie wiem, ale jak nie wiadomo o co chodzi to pewnie chodzi o kasę.  Niechaj więc za cały komentarz posłuży popularny swego czasu filmik, w którym Kurt Russel aka MacReady ogląda zwiastun nowej wersji słynnej arktycznej apokalipsy. A MacReady to swój chłop był to i w tym wypadku rację miał w 100%. Tylko tej whisky trochę szkoda.