Zaznacz stronę

Są reżyserzy na których filmu czeka się bez względu na to w jakiej „formie” znajdowali się ostatnimi czasy. Do tej grupy z pewnością zaliczyć trzeba Stevena Spielberga w którego zdolności wprawdzie można wątpić, a nawet czasami trzeba (szczególnie w obliczu takich artystycznych porażek jak choćby „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki”), ale nigdy nie należy przestawać w niego wierzyć. Goszczący całkiem niedawno na ekranach kin „Tintin” wydawał się być zwiastunem powrotu amerykańskiego reżysera do swojej niegdysiejszej dyspozycji, przez co premiery „Czasu wojny” wyczekiwałem  z niemałymi nadziejami, po cichu licząc na coś naprawdę epickiego. Niestety, „Tintin” który miał być zaledwie przystawką, okazał się być ostatecznie lepszy od głównego dania. Przykro mi to pisać, jednak „Czas Wojny” sprawił, że z większym niż zazwyczaj niepokojem będę oczekiwał premiery kolejnego dzieła Amerykanina.


Najbardziej prawdopodobnym celem jaki przyświecał twórcom było uczynienie ze swojego filmu  czegoś w rodzaju  barwnej pocztówki celnie oddającej klimat   I Wojny Światowej. Mamy więc epizod brytyjski, niemiecki oraz francuski, dla których wspólnym mianownikiem jest dzielny rumak imieniem Joey. Wspomniany rumak urodził się i dorastał w Dartmoor, gdzie koniec końców trafił w gościnne progi  rodziny Narcottów. Opieki nad koniem podejmuje się  Albert, jedyny syn Teda Narcotta. Bardzo szybko pomiędzy młodym chłopcem a zwierzęciem rodzi się specyficzna więź, oparta na wzajemnej przyjaźni i zaufaniu, podbudowana jeszcze pewnym karkołomnym zadaniem, które obaj będą zmuszeni wykonać. Niestety wkrótce wybucha wojna i ojciec Alberta, w obliczu własnych długów, zmuszony jest sprzedać konia stacjonującym w miejscowości brytyjskim żołnierzom. Trudne rozstanie zostaje ostatecznie przypieczętowane obietnicą Alberta, że cokolwiek się stanie, odnajdzie w końcu swojego przyjaciela. Tak zaczyna się długa i straszna podróż Joey’ego poprzez okropności ówczesnej wojny, podczas której przyjdzie mu jeszcze nie raz zmienić właściciela.

W założeniach fabuła prezentuje się wprawdzie całkiem frapująco, co z tego jednak gdy wszystko rozbija się o styl w jakim Spielberg przemawia do widzów. „Czas wojny” chce z jednej strony uchodzić za niegłupie kino przygodowe z wielkim konfliktem narodów w tle, ale przez to iż wykłada się na podstawowych kwestiach częściej przypomina popłudniowe kino familijne z nadmiernym przerostem ambicji. Dramat który często staje się udziałem postaci biorących czynny udział w opowieści, nie zostaje należycie zaakcentowany. Realizm, nawet umowny, zastąpiony zostaje przez naiwność, cukierkowatość i jakąś dziwaczną quasi-bajkową konwencję.  Oczywiście kilka epizodów rozegranych jest na właściwej nucie, jak chociażby ten związany z ucieczką dwójki braci przed służbą wojskową, ale przez większość 2 i pół godzinnego seansu człowiek dziwi się w jaki sposób to się stało, że obok scen nieomal doskonałych znalazły się sceny tak niewiarygodnie przesycone banałem. Brakuje błysku pozwalającego wyjść poza wytarte do cna szablony, także te które ustanawiał kiedyś sam Spielberg.

Szkoda. Naprawdę szkoda, bo narzędzia Spielberg miał wyśmienitej jakości. Janusz Kamiński to nie pierwszy z brzegu lepszy wyrobnik, ale prawdziwy artysta ekranu. Dlatego też w wielu momentach „Czas Wojny” wygląda naprawdę nieprzeciętnie, a już „creme de la creme” i prawdziwą wizytówką talentu polskiego operatora jest szaleńczy bieg Joey’ego przez okopy w czasie gdy wokoło szaleje wojenna zawierucha. Kamiński wspomagany jak zwykle dobrą partyturą J. Williamsa oraz przebłyskami geniusz Spielberga, czasami rzeczywiście zamienia „Czas Wojny” w frapujący wojenny fresk. Zbyt rzadko jednak, by zapomnieć o bijących z ekranu oparach słodkiego banału. Akurat „Czas wojny” jest takim typem filmu któremu zbyt łatwo wytyka się kolejne potknięcia, nawet na płaszczyźnie poszczególnych sekwencji. Choć przejrzysty styl Spielberga jest łatwo wyczuwalny, a czytelne odniesienia do klasyki kina urzekają subtelnością, to najnowsze dzieło Spielberga wygląda na tworzone bardziej z rozpędu, niż z faktycznej potrzeby serca. Zawodzi rozwleczony i poszarpany scenariusz, niewybijające się ponad przeciętność aktorstwo, schematyczny rysunek postaci oraz naiwne, choć bardzo szlachetne, przesłanie.

Nie będę się dłużej rozpisywał, bo i nie ma o czym. Do tej pory kino sygnowane nazwiskiem amerykańskiego reżysera kojarzyło mi się z emocjami, które potrafiło wywołać. Oczywiście oprócz zachwytu i całej gamy innych pozytywnych uczuć, zdarzała się irytacja czy rozczarowanie, ale za każdym razem pod czaszką buzowała jakaś mniej lub bardziej niespokojna myśl. „Czas Wojny” natomiast nie jestem w stanie skomentować w inny sposób niż obojętnym wzruszeniem ramion. Ot, przyszedłem, zobaczyłem, zapomniałem. To smutne gdy persona pokroju Spielberga wypuszcza film prowokujący do tego typu reakcji. Nie jest dobrze, moi państwo. Powiadam Wam,  nie jest dobrze…

Z tej dwójki na pochwałę tym razem zasłużył tylko koń. Steven weź się do roboty!