Zaznacz stronę

Kiedy kinowym ekranie widzisz piątkę stereotypowych amerykańskich nastolatków, jadących na wakacje do maleńkiego drewnianego domku ukrytego w leśnej głuszy to wcale nie dziwi cię, gdy po drodze spotykają wiejskiego oszołoma przepowiadającego im niejasne problemy z powrotem do domu w jednym kawałku. Widziałeś to już przecież nie raz. Ale gdy za chwilę oglądasz wnętrze tajnego kompleksu gdzie naukowcy zakładają się czy wspomniana grupka zostanie wykończona przez bandę zombie, wodnika czy wielkiego jak stodoła węża to wiesz, że coś tu jest nie tak… Masz całkowitą rację. Właśnie oglądasz „Dom w głębi lasu” i już wkrótce przekonasz się, iż to tylko początek wywracania zużytej do cna formuły, na drugą stronę.

Dobry horror ma straszyć. Nieważne, w jaki sposób.  Przyjmując takie kryterium „Dom w głębi lasu” jest horrorem mocno takim sobie. Miast, bowiem powodować pojawienie się na twarzy ponurego grymasu przerażenia, częściej wywołuje przyjemny uśmiech satysfakcji z obcowania z zabójczo (nomen omen) inteligentnym kawałkiem kina. Choć filmowa groza by być skuteczna z definicji musi być traktowana poważnie, to jednak są i dzieła, których głównym celem jest wzięcie w nawias gatunkowych schematów i nieustanne puszczanie oczka do widza, któremu stara się zapewnić intelektualnie bogatą grę w skojarzenia. Recenzowany „Dom w głębi lasu” to właśnie nic innego jak bardzo sprawny gatunkowy komentarz. Mamy tutaj i rywalizację z Azją o miano filmowego króla grozy, cały asortyment dobrze znanych celuloidowych strachów czy postacie jakby żywcem wycięte z typowego slashera dla nastolatków.

Owszem, „Dom w głębi lasu” potrafi mimo wszystko przestraszyć. Czym? Standardowym uderzeniem z zaskoczenia. Nożem znikąd czy pękającym znienacka oknem. Stare ograne chwyty wciąż potrafią zaskoczyć, gdy z głośników nagle wydobędzie się więcej decybeli niż powinno.  Wystarczy w stereotypowy zaniedbany domek w środku lasu, wrzucić grupkę równie stereotypowych nastolatków i dodać do tego zabójcze monstrum, a samonapędzający się gatunkowy mechanizm dokona całej reszty.

„Dom w głębi lasu” jednak to przede wszystkim szaleńcza pogoń przez systematykę gatunku. Od nawiązań klasyki (także tej literackiej), przez slasherową krwawą łaźnię i sadystyczne gierki pokroju „Cube” czy „Piły”, aż po absolutnie niezastąpione prawidła horroru. Wszystko to wzięte w autoparodystyczny nawias znany z „Krzyku” Wesa Cravena. W filmie Drew Goddarda strach jest jednak w pełni kontrolowany, przez co właściwie nieszkodliwy dla widza.  Nawet, gdy twórcy decydują się wpuścić nieco chaosu w twarde kinowe ramy, to wtedy już doskonale zdajemy sobie sprawę, żeby całą aferę traktować z lekkim przymrużeniem oka. Gdy na koniec łamane są kolejne narzucone siłą wyższą schematy, w filmowej rzeczywistości oznacza to ni mniej ni więcej jak nadchodząca zagładę. Ot, proste przykazanie by nie naruszać odwiecznych praw.

Choć „Dom w głębi lasu” jest jak na horror produkcją dość nietypową to mimo wszystko w kwestii komentarz ado gatunku nie jest wcale aż tak nowatorski, za jaki chciałby uchodzić. Szesnaście lat wcześniej podobne spostrzeżenia, co Goddard i Whedon miał Wes Creven rozpoczynającym całą serię filmie „Krzyk”. W obu przypadkach horrorowa spuścizna wykorzystana była do erudycyjnej żonglerki dobrze znanymi schematami. Największą uciechę z obrazu Goddara będą, więc mieli wszechstronnie obeznani z kinem filmowi nerdzi. To oni będą w stanie wyłapać najwięcej smaczków i to dla nich „Dom w głębi lasu” będzie dziełem do wielokrotnego obejrzenia. Pozostałym zaś pozostanie sporo, zaskakującej świeżością, zabawy i zastanawianie się, dlaczego jako horror z krwi i kości reklamuje się film, w którym twórcy postanowili wywrócić wszystko do góry nogami. Ja nie wiem, ale  ubawiłem się jak rzadko!