Zaznacz stronę

„Dorwać Gringo” wiąże się dość ciekawa historia, bowiem to co o u nas reklamuje się jako pachnącą świeżością kinową nowość, w Stanach Zjednoczonych rozprowadzane jest tylko i wyłącznie za pomocą sieci telewizyjnych. Chyba ostatnie skandale w wykonaniu Mela Gibsona, sprawiły, iż ciągle pozostaje on persona non grata dla każdego większego holywoodzkiego producenta. W kraju nad Wisłą, jednak nazwisko Amerykanina to wciąż synonim solidności, dlatego by ocenić czy Gibson w swoim najnowszym filmie, odradza się niczym feniks z popiołów, musiałem wtulić się w twarde oparcie kinowego fotela. Jakieś wnioski? Oczywiście! „Dorwać Gringo” to dobry przykład, iż nawet największy grzesznik dostaje w końcu kolejną szansę, ale zdecydowanie lepsze dla tego filmu byłoby gdyby zamiast do kin trafił prosto na do wypożyczalni DVD.

 

Dynamiczne wprowadzenie bardzo szybko uświadamia nam do jakiego świata tak naprawdę trafiamy. Świata w którym, w którym lokalny mechanizm ewolucyjny promuje przede wszystkim spryt i zaradność, zaś gruba forsa, której każdy pożąda, zgodnie z żelaznymi regułami sensacji, zamiast obiecanego dobrobytu przynosi tylko kłopoty. Do jej odczarowania , nasz protagonista popisze się kilkunastoma niezbyt moralnymi czynami i jednym na wskroś przyzwoitym. Dopiero wtedy przeklęta przez scenarzystę mamona, zacznie przynosić szczęście. Najpierw jednak główny bohater, czyli typowo gibsonowski luzak z nieodłącznym papierosem w ustach, będzie musiał się nauczyć zasad panujących w meksykańskim więzieniu. Miejsce zwane „El Pueblito” to dziwaczny ekosystem, gdzie więźniowie mieszkają razem ze swoimi rodzinami, a naczelnik popija drinka z miejscowym baronem mieszkającym w wystawnych pokojach urządzonych w luksusowym stylu.


Fabuła „Dorwać Gringo” to oczywiście utarte tory, które jednak dzięki charyzmie Gibsona i staromodnym inspiracjom, ogląda się całkiem znośnie. Ogólnie pojęta młodzieżowość i lajtowy wydźwięk całości nosi wyraźnie piętno współczesnego kina z pogranicza akcji, ale znacznie częściej obraz w reżyserii Adriana Grunberga, próbuje naśladować typową sensację z lat 80/90-tych ubiegłego wieku, której zresztą Gibson był i z całą pewnością pozostanie jednym z symboli. Miło powraca się do czasów w których królowały hity pokroju „Zabójczej Broni”, ale w momencie gdy udaje się złapać trochę tego dawnego klimatu, twórcy szybko psują dobre wrażenie decydując się na  ryzykowną grę prawdopodobieństwem i dziwaczną manierą ubierania filmu w cool szatki nowoczesnej stylizacji.  Nawet pomimo tego, że historia, w „Dorwać Gringo” niekoniecznie została tak rozpisana by traktować ją śmiertelnie poważnie, taka narracyjna mieszanka wydaje się kompletnie nie na miejscu. Niepotrzebny jest zwłaszcza odstający jak zepsuty zderzak od nowego samochodu, epizod amerykański, który wykłada wszystkie wady filmu Grunberga niczym świeżo upieczony pokerzysta.

 

Pierwotnie „Dorwać Gringo” miał nosić tytuł jak „How I spent My Summer Vacation”, co trzeba przyznać znacznie lepiej oddaje sytuację w której meksykańskie więzienie przypomina raczej nieszczęśliwie trafiony wakacyjny kurort niż piekło na Ziemi. Albo Gibsona odrzucającego w locie, rzucony przez przeciwnika granat.  Letnia atmosfera unosi się nad tym filmem i dlatego choć ogląda się go niemal bezboleśnie, to nie znajdziemy tutaj  nic o czym można by później opowiedzieć kumplom przy piwie. Przykro mi to pisać, ale pomimo dobrej gry aktorskiej, ciekawego miejsca akcji i paru udanych scen to na kinową rezurekcję niepokornego Amerykanina, trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać.