Zaznacz stronę

Nicolas Winding Refn to szczwana bestia. Ci co znają jego poprzednie dokonania wiedzą, że facet nie preferuje prostych rozwiązań. Nigdy nie daje się zamknąć w obrębie ram gatunkowych, które wydawałoby się na pierwszy rzut oka, doskonale pasują przy okazji filmów przez niego tworzonych. Zawsze gra stylistyką, bardzo umiejętnie dostosowując ją pod swoje widzimisię. Nie inaczej jest w przypadku „Drive”. Niby wszystko odpowiada naszym wyobrażeniom, ale jednocześnie ma się wrażenie, że czyni to nieco na przekór. Skoro więc „Drive” wpisuje się w poetykę kina NW Refna, to pytanie przedstawia się następująco. Czy da się „Drive” opisać w jednym zdaniu? No nie bardzo.

„Drive” to kino, które w pewnym sensie odwołuje się do klasyki amerykańskiego filmu sensacyjnego, kiedy to na ekranach rządzili męsko-męscy herosi pokroju Steva Macqueena z Bullita. Milczący bohaterowie zjawiali się i rozprawiali się z kłopotami, postępując wedle własnego ściśle określonego kodeksu etycznego. Zawiedzie się jednak kto po „Drive” oczekuje, że będzie wiernym kontynuatorem tych szlachetnych tradycji. Bo nie jest to po prostu film sensacyjny w pełnym znaczeniu tego słowa. Rozpatrywałbym go bardziej jako nietypowy „superhero movie”.

Nieodłączna kurtka ze skorpionem, wykałaczka w kącikach ust, skórzane rękawiczki – to znaki rozpoznawcze naszego superbohatera. Proszę zauważyć, że za każdym razem, gdy podejmuje on jakieś działanie, to wyżej wymienione atrybuty zawsze mu towarzyszą. Jego podwójne życie, nieodłącznie związane jest także z prowadzeniem auta. To umiejętność, która czyni go superbohaterem. Na moment pojawia się także motyw maski. Oczywiście nasz „hero” to przykład mrocznego bohatera, co to nikomu się nie kłania i wykorzystuje swoje zdolności głównie dla własnych egoistycznych celów. Dopiero w momencie kiedy zakochuje się w dziewczynie z sąsiedztwa (znów motyw jak z klasycznego amerykańskiego komiksu), jego czyny zaczynają służyć lepszej sprawie. Poznajemy jego ludzką stronę stronę w relacjach z tą kobietą i jej synem, a także w kontaktach z  przyjacielem (mentorem?),  Shannonem.

Postać grana przez Goslinga to jednak nieprzenikniony żywioł i tak naprawdę nie wiemy do końce co siedzi w jego głowie, bowiem jedyne moralne zasady jakie nim kierują to są jego „własne” zasady. To milczek który kobiety powala spojrzeniem, a facetów charyzmą. Potrafi być w jednej chwili czuły i delikatny, a chwilę później z zimną krwią skopać śmiertelnie faceta który odważył się zagrozić jego ukochanej. Dlatego też robi to co robi w finale filmu. Psychol? Być może. Ale kto zrozumie prawdziwego bohatera?

Reżyser doskonale bawi się tym schematem, przy okazji spinając to wszystko w sensacyjne ramy. Fabularnie „Drive” to jednak dzieło tylko poprawne, ale wszelkie niedociągnięcia w tej materii maskuje realizatorski talent Refna. Cały czas zabawia się z przyzwyczajeniami widza łącząc klimaty smutnego love-story, lirycznego elektro-disco z przesadzoną brutalnością. Czaruje nastrojem Los Angeles. I tego nocnego, rozświetlonego światłami, i tego dziennego tonącego w palącym słońcu. Wisienką na torcie są sceny akcji, które udało się zaaranżować doprawdy kapitalnie. Choć niektóre momenty lubią się ciągnąć ciut za długo, końcówce brakuje takiego mocnego uderzenia jak początkowym scenom, a tu i ówdzie artystowskie zapędy psują ogólne wrażenie, to nad zdolnościami zuchwałego Duńczyka trzeba pochylić głowę.


Nie napisałem do tej pory nic o grze aktorskiej, ale tak naprawdę nie ma się co rozpisywać na ten temat. Nie ma tu szokujących kreacji, ale wszyscy aktorzy po prostu pasują do granych przez siebie postaci. Czy to będzie milczący Gosling, czy uwikłana w męskie sprawy Carey Mulligan, czy nieco ciapowaty Bryan Cranston, to nie odczuwamy żeby wciskano ich w buty kogoś kim nie mogliby być.

Jak zatem podejść do „Drive” ? Radziłbym się nastawiać na coś innego niż zwyczajna sensacja. Nawet na coś innego niż z reguły ogląda się w kinach. Wystarczy mieć otwartą głowę, a wtedy raczej się nie rozczarujecie. Konkluzja jest zatem tak, że „Drive” to film który należy poczuć. Chwycić nastrój. Dać się porwać. Złapać ten nieco dziwny, senny rytm. A gdy to się uda to gwarantuje, że tej przejażdżki jeszcze długo nie zapomnicie. Dla mnie,  to być może, że najlepsza rzecz jaką widziałem w tym roku.

To jak? Wsiadacie?