Zaznacz stronę

Latka lecą, a Sacha Baron Cohen nie dorośleje. Po „Alim G.”, „Boracie” oraz „Bruno” przyszła kolej na kolejną produkcję niepokornego komika. „Dyktator”, bo o nim mowa, to dokładnie ten sam przerysowany do granic możliwości bohater, co wcześniej, dla niepoznaki przebrany jednak w inne ciuchy oraz obdarzony nieco innym zestawem złośliwych nawyków. Niby wciąż podobnie, ale film jakby trochę lepszy. Może to przypadek, a może po prostu ilustracja znanego powiedzenia, że nauka jednak nie poszła w las. Kto wie?

 

W małym arabskim państewku Wadyia żyje sobie niejaki Aladeen. Jednoosobowa głowa państwa i niepodzielny władca ludu, w którego pokojach można niemal się potknąć o sztabkę złota, gdzie każda kobieta jest chętna i gotowa na najmniejsze skinienie jego szlachetnych brwi (także słynne amerykańskie celebrytki!), a jeden dyktatorski gest wystarcza by człowiek przywitał się ze szlachetnymi przodkami. Słowem: nuda. Na szczęście pod ręką jest jeszcze jego przebiegły wujek o podłej twarzy Bena Kingsleya, który cały czas kombinuje jak tu wysadzić młodego z siodła i zarobić grube miliony na sprzedaży Wadyiskej ropy zagranicę. W końcu ONZ wzywa Alaldeena do osobistego stawienia się w jej siedzibie w Nowym Jorku oraz niezwłocznego wprowadzenia demokracji. Oczywiście Aladeena wcale nie zamierza zmieniać czegoś, co w jego mniemaniu funkcjonuje całkiem nieźle, ale zwiedzić trochę świata nie zaszkodzi, więc akcja szybciutko przenosi się do Stanów Zjednoczonych. Korzystając z okazji Ben Kingsley – o przepraszam – wujek Tamir, wynajmuje kogoś do wyeliminowania kłopotliwego bratanka. Nasz bohater zostaje porwany, a na jego miejsce zajmuje sobowtór o inteligencji paska od spodni. Szczęście mu jednak sprzyja i koniec końców Aladeen ląduje samym sercu Nowego Jorku. Sam. Bez brody, bez ubrania oraz bez tożsamości. Teraz wszystko, co musi zrobić to zapobiec narodzinom demokracji. „To niezwykła historia dyktatora, który heroicznie ryzykował własne życie po to, by demokracja nigdy nie zawitała do kraju, który z taką miłością terroryzował” – tak właśnie podsumował swój film Sacha Baron Cohen. Niech mu będzie.

„Dyktator” dokładnie tak jak poprzednie filmy Cohena, to ostra jak brzytwa satyra, na wszystko, co się rusza, mówi i śpiewa. Ponownie, dostaje się każdemu po kolei i wedle zasług. Czarnym, żółtym, Żydom, bogatym, biednym, amerykanom, (przerwa na głęboki wdech), kalekom, kretynom, Żydom (jeszcze raz nie zaszkodzi), gejom, arabom, wojującym lewicowcom, biznesmenom, hollywoodzkim gwiazdom oraz chciwym politykom. Uff. Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem. Jednakże żeby zaplanowane dowcipy wybrzmiały jak trzeba, potrzebne było jeszcze coś co znacząco uwiarygodniałoby prześmiewczą postawę twórców. Jak to zrobiono? To proste. Wystarczą dwa tuziny starych jak świat stereotypów plus gruba psychologiczna kreska, która doskonale uwypukli każdą, nawet najmniejszą, niedoskonałość ekranowych charakterów. Pierwszy z brzegu przykład to sam Aladeen, będący 100% procentowym zadufanym w sobie bubkiem bez ogłady, z którego ego może się chyba tylko jego zabójcza skłonność w strzelaniu bezczelnych gaf. Drugi przykład – nieco mniej oczywisty – to zaś Zoey, czyli dziewczyna ratująca Aladeena w czasie zamieszek pod siedzibą ONZ. W jednej małej osobie mieści się antyglobalistka, feministka, zwolenniczka zdrowej żywności i zarośniętych pach, aktywistka, reakcjonistka wspierająca mniejszości narodowe oraz… coś jeszcze. Bo jakby tego wszystkiego było mało, to na sam koniec twórcy zostawili jeszcze małą, acz przykrą,  niespodzianką z której Aladeen raczej nie będzie zadowolony.

Niestety, przeciwwaga błyskotliwego dowcipu do kloacznych żartów prosto spod budki z piwem, wyraźnie działa na niekorzyść „Dyktatora”. Pewnie, zdarzają się przebłyski nieco subtelniejszego humoru, ale akurat, gdy jeszcze się śmiejemy się z poprzedniego gagu, twórcy zaskakują nas zaraz jakimś obrzydlistwem. I dobre wrażenie ulatnia się niczym bańka mydlana. Na szczęście zrezygnowano tym razem z paradokumentalnej formuły znanej z „Borata” czy „Bruno”, na rzecz bardziej zwartej, filmowej fabuły i trzeba przyznać, że „Dyktatorowi” wychodzi to tylko na dobre. Zamiast bezlitosnego ciągu ledwo powiązanych ze sobą gagów, dostajemy w końcu, jako taki scenariusz, a komizm to już nie tylko udający skretyniałego wieśniaka Borat, ale także logiczny skrypt prowadzący do mniej lub bardziej zabawnych wniosków. O dziwo, znajdzie się również miejsce na chwilę zadumy i refleksji. Nie dość, że jest lepiej to jeszcze o wiele sensowniej niż wcześniej, przez co „Dyktator” zbliża się bardziej do kultowego w pewnych kręgach „Ali G”, niż poprzednich dwóch filmów Cohena.

W zasadzie nie wiem, co jeszcze mógłbym naskrobać o „Dyktatorze”. Jasne, dowcip bywa przyciężki.  Jeśli ktoś na rasizm, homofobizm i inne przypadłości naszego wspaniałego świata, reaguje niczym Stefan Niesiołowski na Prawo i Sprawiedliwość, to ten film powinien omijać szerokim łukiem. Szkoda nerwów. Ale znajdzie się także kilka chwili, gdzie każda rogata dusza zwyczajnie parsknie śmiechem. Film polecam przede wszystkim fanom brytyjskiego dowcipnisia i wszystkim tym, którym ulubiony wujek kojarzy się ze świntuchem, opowiadającym na rodzinnych spotkaniach ciągłe te same, niewybredne żarty o Żydach, masonach oraz całej reszcie podejrzanego jak Rudy 102 w niemieckim lesie, towarzystwa. Bo szczerze wątpię by w trakcie nadchodzących wakacji jakikolwiek film przebił „Dyktatora” pod względem chamskiego dowcipu na każdą okazję i czysto ludzkiej złośliwości. A gdy minie już kilka dni od seansu, a film spokojnie ułoży się w głowie, to zaskoczeniem przyznacie, iż w głowie zostały tylko te zabawne momenty i co najciekawsze nie było ich tak znowu mało. Mimo to, wyższej oceny niż ta, która widnieje w stopce dać nie mogę. Sorry, Sacha.  Maybe, next time…