Zaznacz stronę

David Fincher z całą pewnością należy do tej grupy reżyserów od których wymagający odbiorca ma prawo żądać zdecydowanie więcej niż w przypadku innych twórców. Dlatego niniejsza recenzja będzie przede wszystkim wyrażać moje rozczarowanie, z faktu iż tak nieprzeciętny talent tworzy coś tak okrutnie przeciętnego jak „Dziewczyna z tatuażem”. Spielberg ze swoim „Czasem Wojny” zawiódł mnie straszliwie, ale przynajmniej dało się wyczuć jego rękę i znajomy styl opowiadania.  „Dziewczyna z tatuażem” boleśnie uświadamia, że „stary David” zagubił się gdzieś w okolicy opowieści o Benjaminie Buttonie i do tej pory nie powrócił. Oby się w końcu odnalazł…

Wyjątkowo posłużę się tym razem opisem ze strony dystrybutora, bo w kolejce do napisania czekają już ciekawsze sprawy. Zatem, bardzo proszę:

Dziennikarz Mikael Blomkvist (Daniel Craig) podejmuje się nietypowego zadania. Na zlecenie emerytowanego przemysłowa Henryka Langera ma odkryć co stało się z jego siostrzenicą, która zniknęła bez śladu przed 40 lat. Żyje czy została zamordowana? A jeśli tak, to czy w zabójstwo zamieszany był ktoś z rodziny Vangerów? Blomkvistowi pomaga Lisabeth Salander (Rooney Mara). Hakerka komputerowa i specjalistka od łamania wszelkich możliwych zabezpieczeń. Ekstrawagancka właścicielka tatuażu w kształcie smoka wydaje się nie mieć żadnych uczuć. Jedynie pokryte ciężkim, czarnym makijażem oczy zdradzają jej wrażliwość. Tych dwoje musi przeprowadzić śledztwo wśród złodziei, skąpców i despotów – w prawdziwym gnieździe węży, jakim jest rodzina Vangerów.

Początkowo „Dziewczyna z tatuażem” obiecuje jeszcze sporą dawkę zimnego jak Szwecja dreszczowca z mroczną tajemnicą w tle, by dość szybko zawieść nasze nadzieje. Największym problemem tego filmu jest Lisabeth. Choć jest postać naprawdę ciekawa i świetnie zagrana, to jej obecność burzy porządek filmowego świata. Naprawdę nie wiem, co kierowało twórcą książki, gdy do realistycznej przecież opowieści upychał takiego komiksowego stwora. Fincher popełnia zresztą ten sam błąd. Lisabeth to żywy kolaż niemal każdego super-cool pomysłu jaki przyszedł autorowi do głowy. Ekstrawagancka fryzura, ubiór czy dziwne zachowanie to zdecydowanie za mało. Pani Salander oprócz tego jest jeszcze nieprzeciętnie inteligentna, wysportowana, motorem jeździ niczym zawodowiec, a i wyrafinowaną przemocą się nie brzydzi. Jakby tego było mało reżyser z lubością pokazuje nam również, że jest biseksualna. Nie żeby takie widoki mi przeszkadzały, ale po co mi to wiedzieć? Jak to wpływa na fabułę i rysunek postaci? Nie wiem.

Jakby tego było mało,  Fincher porzuca swój charakterystyczny styl  na rzecz komiksowej hiperbolizacji. Wprawdzie już wcześniej amerykański reżyser romansował z taką poetyką, ale w przypadku „Dziewczyny z tatuażem” dysonans pomiędzy poszczególnymi częściami składowymi pozostaje aż nadto widoczny. Przemoc nie jest teraz tak jak w pierwszych jego filmach symbolem zła i zepsucia, lecz tylko nieco zbyt efektowną zabawką. Dla tych którzy liczyli na powrót Davida Finchera do dawnych obsesji, ze względu na – wydawałoby się – dość zbliżoną tematykę, jego najnowszy film to niestety kontynuacja rozczarowań zapoczątkowanych wraz z „Ciekawym przypadkiem Benjamina Buttona”.

Oprócz potknięć stricte formalnych „Dziewczyna z tatuażem” kuleje także pod względem fabularnym. Zagadka ni ziębi ni grzeje, a nad postaciami nie unosi się żadne mroczne widmo które sprawiłoby, że widz miałby ochotę bardziej zaangażować się w ich losy. Nie czuć ani presji czasu, ani złowieszczego oddechu mordercy na plecach, a wyjaśnienie zagadki przychodzi nadspodziewanie łatwo. Scenariusz nie pozostawia niestety żadnego miejsca na własne domysły, a kolejne węzełki fabularne rozwiązują się na naszych oczach niemal same. Pół biedy, jeśli by, chociaż została rozwiązana po bożemu. Ale nie! Przyjeżdża Lisabeth siada na kilkanaście godzin przy komputerze, a później w bibliotece i voila! Wszystko jasne.

Samo rozwiązanie jest w sumie dość satysfakcjonujące, zaś główny moment kulminacyjny to zdecydowanie najlepszy fragment, w którym Fincher wyciąga w końcu wszystkie asy z ręka wznosząc przez krótką chwilę (za krótką) swoje dzieło na wyraźnie wyższy poziom sztuki filmowej. Problem w tym, że po imponującym finale nie następuję niestety żadna błyskotliwa puenta, a zamiast tego widz dostaje mocno rozwleczony epilog.  I choć podłoże pod ewentualny sequel zostaje  właściwie przygotowane, to jednak dramatyczne wydarzenia poprzednich dwóch godzin seansu nie znajdują  odbicia w postawie bohaterów, a dosłowność z jaką krok po kroku twórcy we wspomnianym epilogu tłumaczą wszystkie zawiłości scenariusza każą faktycznie wątpić czy mają Oni dobre zdanie o inteligencji oglądających.

Ile bym nie narzekał, to w dalszym ciągu widać w „Dziewczynie z tatuażem”, sprawną rękę utalentowanego artysty. Oczywiście montaż, strona wizualna itp. itd. stoją jak zwykle u Finchera na najwyższym poziomie. Niewielu jest też reżyserów którzy tak jak on potrafią połączyć muzykę z tym co dzieje się na ekranie. Przykład? Enya ze swoim Orinoco Flow i pewna scena w piwnicy – to właśnie najbardziej zapamiętałem z tej historii. Z całej ekipy aktorów najlepiej oczywiście wypada Rooney Mara w roli Lisabeth, ale też miała najłatwiejsze zadanie bo reszcie koleżanek i kolegów z planu skrypt nie pozwala na zaprezentowanie zbyt wielu talentów. Film podsuwa też dość ciekawe tropy odnoszące się sytuacji społecznej aktualnie panującej w Szwecji (byli naziści w rodzinie Vangerów, nieumiejętność komunikacji). Niestety czyni to tylko przez krótką chwilę bo już za rogiem czai się kolejny fabularny supełek który domaga się rozplątania.

Ostateczna ocena filmu Davida Finchera będzie ciągle mimo wszystko dość wysoka, bo przecież prawie 2 i pół godziny seansu mija niczym z bicza strzelił, a tu i ówdzie można się pozachwycać realizacją czy zjawiskową Lisabeth.  Dla mnie jednak „Dziewczyna z tatuażem” cały czas pozostaje tylko nieco mroczniejszą filmową „bajeczką” dla trochę mniej grzecznych dzieci i jednym z większych rozczarowań ostatnich miesięcy. Niemal wszystko kończy się szczęśliwi, zło zostaje ukarane, a we Wszechświecie panuje ład. Nijak mi to nie pasuje.

Nie pozostaje  zatem nic innego jak wychylić szklaneczkę czegoś mocniejszego, czyż nie? Twoje zdrowie David i powodzenia następnym razem!