Zaznacz stronę

„Eden Lake” to całkiem przyzwoity kawałek kina. Jeśli miałbym bawić się w oceny to dostałby by ode mnie jakieś 6/10. Jeśli ktoś nie ma ochoty czytać dalej, to wystarczy mu początek tekstu. Ja tymczasem się pomęczę i naskrobię ciut więcej. No dobra. Co ja to miałem…. A już wiem! „Eden Lake” został mi polecony przez dobrego znajomego, jako coś naprawdę ciekawego i wartego mojej uwagi. Nie wypadało mi więc tego nie sprawdzić. Najpierw oczywiście Rotten Tomatoes, Imdb, Filmweb (ekhm), fora filmowe no i zwiastun. Wygląda dobrze. Oglądamy. Wrażenia? Hmm, w sumie niegłupie kino, ale też głowy mi w żaden sposób nie urwało. Gra aktorska na dobrym poziomie, ciekawe twarze w obsadzie (zwłaszcza pani Kelly Reilly), soczysty język, niezgorszy skrypt. Co wypada jeszcze pochwalić, to na pewno zdjęcia, przy których operatorzy odwalili kawał dobrej roboty. Dobrze skomponowane i nadające historii odpowiednią dramaturgię. Co ciekawe, w miarę rozwoju akcji intensywna kolorystyka ustępuje trochę pola barwom szarości. Bo w sumie taka to jest historia. Początek iście sielski, przemieniający się stopniowo w koszmar, skąpany w brudzie i zwierzęcej walce o przetrwanie głównych bohaterów filmu. Niestety mają oni utrudnione zadania, bo scenariusz sprawia że ciągle wpadają z przysłowiowego deszczu pod rynnę  ;  ) Przoduje tu zwłaszcza główna bohaterka, która w czasie ponad 90 minut projekcji wyczerpuje chyba wszystkie pokłady pecha.


W ogóle film, w moim odczuciu, cierpi na pewną absurdalność zachowań wszystkich aktorów dramatu, co sprawia że „Eden Lake” nie zawsze angażuje tak mocno jakby życzyli sobie tego twórcy. Ponadto niektórych może nie przekonać fakt, że tym razem drapieżcami są nastoletnie chłystki których głównymi cechami są agresja i kompletny brak poszanowania dla jakichkolwiek wartości. Trzeba tu dodać, że o ile większa część tej bandy przejawia jakieś ludzkie odruchy, to nie bardzo da się to powiedzieć o ich nieformalnym przywódcy, dla którego wynalazek zwany sumieniem pozostaje wyłączony przez cały czas trwania seansu.

Nie jest to, z całą pewnością, film dla ludzi o słabych nerwach, głównie dzięki dużej dawce realizmu, objawiającego się w realistycznie przedstawionych obrażeniach (bywa krwawo) oraz desperackich próbach wyjścia cało z tego koszmaru. Jest brudno, czasem ohydnie i czuć adrenalinę w żyłach. To nie jest spotkanie z mordercami – artystami swoim fachu – to spotkanie z brutalną siłą i niepohamowaną agresją. W tym momencie dochodzimy do prawdziwej natury filmu. Nie spodziewajcie się żadnej wysmakowanej refleksji, choć pewne jej ślady dałoby się dojrzeć to nie jest ona specjalnie złożona czy głęboka. Ten film to nie analiza zjawiska, a typowy survival, w którym bohaterowie zdobywają się na nadludzkie i nieludzkie wysiłki by przeżyć. Fabuła stawia na pesymistyczny obraz świata, bo o to potwór w końcu nie zostaje w żaden sposób ukarany. Nie ma satysfakcji, zadośćuczynienia, sprawiedliwości czy łatwego pocieszenia, a zło na sam koniec po prostu wzrusza ramionami i nie zaprząta sobie głowy losem innym niż własny. I może to jest właśnie największa wartość tego filmu.