Zaznacz stronę

Krótko i dosadnie. „Gniew Tytanów” jako film jest produkcją całkowicie do… nie powiem czego. Wizytę w kinie czy inny sposób wspomagania twórców tego potworka od razu odradzam, bo nie daj Boże jeśli powstanie kolejny sequel (proponuje tytuł „Żal Tytanów”). Jednak ze wszystkich grzechów „Gniewu Tytanów” zdecydowanie najgorszy jest przerażający brak chęci posypania głowy popiołem i poprawy każdego elementu kulejącego w „Starciu Tytanów”. Wprawdzie sequel, całościowo jest mimo wszystko ociupinkę lepszy od dramatycznie słabego poprzednika, ale co z tego skoro przypomina to wybór pokroju, takiego w którym zapytano by nas czy wolelibyśmy epidemię cholery czy epidemię dżumy. Tak źle, i tak niedobrze.

 

Oto Zeus przychodzi do Perseusza, prosząc go o pomoc. Ten odprawia staruszka z kwitkiem, bo po tajemniczej śmierci ukochanej żony (pewnie nie była potrzebna scenarzystom) musi zająć się swoim jedynym synem, Heliusem. Władca Olimpu wraz z lekko zdziadziałym Posejdonem i wiecznie naburmuszonym Aresem, udaje się, więc do Tartaru by prosić Hadesa o chwilowe zawieszenie broni i walkę wspólnej sprawie. Na miejscu okazuje się, że Ares wraz z bogiem podziemi zawarli przymierze, którego celem jest przebudzenie uwięzionego w Tartarze tytana – Kronosa. Przetaczająca się przez starożytną krainę apokalipsa, uwalania tkwiące w podziemnym w więzieniu zastępy wszelkiej maści demonów i potworów. Jeden z nich wyląduje oczywiście – niezbyt mądrze – w wiosce Perseusza. Dalszego ciągu można się łatwo domyślić. Patrzę na zegarek i wyjść z podziwu nie mogę. Nie zdążyło minąć nawet 10 minut, a już zawiązanie akcji mamy za sobą! Co jest?!! Gdzie się podziały te czasy, gdy na odpowiednie wprowadzenie poświęcało się coś więcej niż kilka minut? W „Aliens” James Camerona zanim pokazano nam Obcego (którego przecież dobrze znaliśmy) musiała minąć prawie godzina, „zmarnowana” na przedstawienie nowych postaci. Zaczyna się źle i tak pozostanie już do samego końca.


 

O ile dobrze pamiętam to „Starcie Tytanów” było swego czasu porównywane do mało wyrafinowanej gry video. „Gniew Tytanów” kontynuuje ten niechlubny trend i tak jak w grach, sequel skonstruowany jest na zasadzie „więcej, mocniej, ładniej”. I faktycznie akcji jest znacznie więcej, a do tego jest ona ociupinkę lepiej poprowadzona. Duże większe wrażenie robią także efekty specjalne, dzięki którym choć na krótką chwilę można zapomnieć o tym, że cała reszta kuleje gorzej niż polski system emerytalny. Wypada pochwalić kilka naprawdę przednich koncepcji dizajnerskich tak jak labirynt ukryty na zapomnianej przez bogów i ludzi, wyspie.  Podobać się mogą znana ze zwiastunów sekwencja walki z cyklopami czy końcowa EPICKA batalia z Kronosem (gość ma rozmach, trzeba mu przyznać). Gry to jednak  rozrywka interaktywna, w której gracz ma wpływ na zachowanie prowadzonej przez niego postaci, dlatego tam przewaga akcji nad treścią jest zjawiskiem w pełni pożądanym. „Gniew Tytanów” grą jednak nie jest. Tutaj walka istnieje dla samej walki, a kulminacyjna bitwa tylko po to by usprawiedliwić niemały budżet. Bez odpowiedniej podbudowy w postaci skrupulatnej charakterystyki antagonistów i wiarygodnej motywacji, nawet film wypełniony po brzegi batalistycznym widowiskiem, można określić w najlepszym razie jako nudny.

Całość próbuje jeszcze jakoś skleić charyzma Sama Wortinghtona, ale nawet taki twardziel nic nie wskóra, gdy pozostali aktorzy grają na pół gwizdka. Pozostaje tylko kilka naprawdę ładnych widoczków oraz kolejna zmarnowana obietnica twórczego wykorzystanie mitologii hellenistycznej. Całą nowożytną serię z przygodami Perseusza dobrze byłoby strącić na wiecznie potępienie w przepastne otchłanie Tartaru, ale że nie jest to możliwe to najlepiej będzie, jeśli nasze pieniądze nie zasilą kinowej kasy, a wydanie BluRay/DVD będzie spokojnie stygło na sklepowej półce. „Gniew Tytanów” to niewątpliwie bardzo mocny kandydat do zaszczytnego tytułu „żenady roku”.