Zaznacz stronę

Przy okazji ostatniego wpisu, poruszałem tematykę związaną z depresją. Wspominam o tym nie bez powodu, bo „Habemus Papam” również podejmuje to zagadnienie, z tym jednak, że przypadek któremu będziemy mieli okazję się przyglądać jest dość nietypowy.Tym kimś jest nie kto inny jak sam papież. I jak się można łatwo domyślić, będzie się on musiał zmierzyć z depresją ciężkiego kalibru. Sam film już jednak tak ciężki nie jest. Na całe szczęście.

Habemus Papam rozpoczyna się scenami z pogrzebu Jana Pawła II, po których to następuje moment w którym kardynałowie zbierają się na konklawe. Świat niecierpliwie wyczekuje ich wyboru.  Ciągle jednak nie można wyłonić zwycięzcy. Kandydatury kolejnych faworytów ostatecznie upadają, aż w końcu wygrywa skromny i cichy kardynał Mellvile. Radość i ulga pojawiają się na twarzach zarówno pozostałych kardynałów, jak i wśród licznie zgromadzonych wiernych, wyczekujących wyboru nowego zwierzchnika Kościoła Katolickiego. Cały fabularny koncept filmu opiera się na tym, że kardynał Mellvile nie ma specjalnie ochoty by podjąć się tego, jakże odpowiedzialnego, zadania. Nawet wezwany do pomocy wybitnej sławy psychoanalityk-ateista nie pomaga. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje gdy nowo wybrany papież postanawia dać sobie chwilę wytchnienia i ucieka spod czujnego oka papieskiego rzecznika prasowego o nazwisku Rajski (Jerzy Stuhr). Słowem, galimatias niesamowity.

Cała ta niezwykła sytuacja jak i postacie w niej występujące, jest oczywiście fikcyjna. Pozycja w jakiej kardynał Mellvile postawił cały chrześcijański świat nie jest, co ciekawe, tak zupełnie wyssana z palca. Papież Celestyn V abdykował po kilku miesiącach pełnienia swojej posługi, ponieważ nie mógł przyzwyczaić do watykańskiego przepychu. Ale nie o tym chciałem pisać.  Tak czy siak, wyjściowe założenie może się wydawać nieco kontrowersyjne i sprawiać wrażenie jakoby zamiarem twórców filmu będzie wbicie niejeden szpilki w Kościół Katolicki. Celem reżysera nie jest w tym wypadku szokowanie kogokolwiek czy przywoływanie obrazoburczych treści. Jego celem jest przede wszystkim ukazanie historii człowieka przytłoczonego ciężarem czekających go zadań. Historii podanej w zaskakująco ciepły, dość zabawny i delikatny sposób. Nani Moretti (reżyser wielokrotnie nagradzanego „Pokoju Syna”), bardzo starał się by jego najnowszy film był, pomimo w gruncie rzeczy poważnego tematu, względnie lekkim doświadczeniem. Dlatego mamy bardzo dużo scen obliczonych na wywołanie przyjemnych uczuć wśród widowni.  Nie zawsze to wychodzi, ale przez zdecydowaną większość seansu „Habemus Papam” ogląda się z przyjemnym uśmiechem na twarzy. Może nie jest to uśmiech od ucha do ucha, ale i tak jest dobrze. Dowcip jakim operuje film jest raczej z gatunku tych dobrodusznych, niż złośliwych i choć sportretowanie kardynałów jako trochę nieporadnych życiowo staruszków może budzić wewnętrzny opór wśród niektórych osób, to raczej na pewno nikogo nie obrazi. Przynajmniej nikogo mającego zdroworozsądkowe podejście do tego typu spraw. Zresztą delikatny prztyczek w nos dostaje także środowisko psychoanalityków, jak i media. Każdemu po równo – jak to mówią.

Pod całym tym sympatycznym płaszczykiem „Habemus Papam” to trochę traktat o odpowiedzialności oraz stawianie pytań o granicę poświęcenia indywidualnego bytu dla potrzeb większych celów. Mellvile mówi w pewnym momencie, że w młodości chciał być aktorem, lecz brakowało mu śmiałości i talentu, żeby podołać takiemu wyzwaniu. Nie zawsze możemy być tym kim chcielibyśmy być, bądź  jakimi chcieliby by nas widzieć ludzie wokół nas. Nasz bohater nie chce przyjąć roli jaką narzuca mu otoczenie. Ze strachu, iż nie da sobie rady  i będzie musiał zmienić siebie i swoje dotychczasowe życie. Kryje się w tej sytuacji, zawoalowana krytyka Kościoła, który wymaga zmian, ale nie widać nikogo kto chciałby podjąć tak trudną i skomplikowaną misję. Nie jest to główny aspekt filmu, bo obraz Morettiego ma wymiar zdecydowanie bardziej uniwersalny i wymierza oskarżycielski palec raczej w stronę określonej sytuacji w jakiej może znaleźć się człowiek, niż w stronę konkretnej instytucji. Wartość tego obrazu  stanowi także to, że demitologizuje nieco postać papieża, który częściej postrzegany jest jako postać ze spiżu niż zwyczajny człowiek.

Problemem „Habemus Papam” jest jednak to, że traktuje sprawy które przedstawia dość pobieżnie. Nie bardzo wiadomo czy chciałby być tylko refleksyjną komedyjką czy czymś więcej. To właściwie mój główny zarzut. Nie zrozumcie mnie źle. „Habemus Papam” jest po ludzku fajny, nieźle zrobiony i zagrany; dobrze się go ogląda itd. Jednocześnie wydaje się nieco nijaki. W rezultacie otrzymujemy solidne dzieło, o którym jednak raczej nie będę długo pamiętał. Oprócz tego, akcenty komediowe wydawały mi się miejscami wymuszone, tak jakby reżyser nie bardzo wiedział jak wydobyć z nich pełen potencjał. Morettiemu lepiej jednak wychodzą te sceny w których można się zatrzymać i zadumać na chwilę. Ogólne wrażenie, pozostaje więc nieco mieszane.

Uchylę jeszcze na koniec rąbka tajemnicy i napiszę jak kończy się ta historia.  Może niektórych tym zdenerwuję, a może oszczędzę niektórym rozczarowania, ale uczynię to dlatego, bo jedna rzecz nie daje mi spokoju. Ale po kolei. Mellivile odnajduje jakiś wewnętrzny spokój podczas teatralnego spektaklu i ostatecznie, z małą pomocą, decyduje się wyjść do wiernych oczekujących przybycia nowego papieża. Gdy już pojawia się na balkonie, wygłasza mowę w trakcie której oznajmia, że nie przyjmuje tej zaszczytnej funkcji i na oczach całego świata, odchodzi. Konsternacja i smutek malują się na twarzach wszystkich zgromadzonych. Z głośników wydobywa się przygnębiająca muzyka. Lecą napisy końcowe. Wtedy myślę, że powinienem chyba poczuć się z źle z powodu takiego zakończenia. Dziwne, bo jednak uśmiecham się w duchu. Oto ktoś wybrał, świadomie egoistycznie, samego siebie. Papież, który wolał pozostać człowiekiem. Nie wiem czy właśnie taki efekt miała wywołać końcówka, ale wiem na pewno, że właśnie to najbardziej zapamiętam ze spotkania z „Habemus Papam”. I tym właśnie akcentem chciałbym zakończyć niniejszy tekst.