Zaznacz stronę

Bałem się tego filmu. Bałem się, że to już nie będzie ten sam świat. Przerażały mnie doniesienia o rozciągnięci tej prościutkiej w gruncie rzeczy historii aż na trzy długie filmy. Mimo wszystko wszedłem na salę kinową i po 15 minutach… strach minął. To wciąż to samo Śródziemie. Ten sam klimat, ta sama opowieść snuta przez znajomego barda.  Z całą pewnością nie jest idealna, ale szlag by to! Stęskniłem się… Brakowało mi tego nieskończonego piękna Nowej Zelandii, brody Gandalfa siwej jak włosy mojej babci, oraz tej pasji wyzierającej z każdego kamienia, który zgodził się użyczyć swojej postaci dla urzeczywistnienia baśni napisanej przy drewnianym kominku jakieś 70 lat temu. Dzieciak ze mnie. Jeżeli zgadzacie się ze mną, to także nie ma dla Was ratunku. Zostaniecie tu na zawsze.

Hobbit 1Najpierw reżyser wystawia nam zaproszenie w postaci prologu. Te kilkanaście minut zanim film się rozpocznie to test, w którym będą się odbijać Twoje późniejsze odczucia odnośnie ekranizacji „Hobbita”. Jeżeli po tym czasie Twoja twarz będzie przypominać minę świątecznego obżartucha po przejedzeniu, to z dużym prawdopodobieństwem opuścisz salę kinową z przeświadczeniem, że ktoś wbił Ci właśnie igłę w serce. W sytuacji skrajnie odwrotnej wyjdziesz z uśmiechem  szerokim jak krasnoludzka broda, kolejny już raz nabierając się na te same sztuczki, na które już dałeś się złapać kilka lat temu.

Gandalf in The Hobbit: An Unexpected JourneyPrzeciwnik wytacza najcięższe działa. Pierwszy strzał jeszcze długo brzmi w uszach jako przypowieść o nieprawdopodobnych scenach akcjach, w których uleciała nieco elegancja „Drużyny Pierścienia”. Prawie wszystko dzieje się tutaj niczym w precyzyjnie zaplanowanym przedstawieniu akrobatów.  Walą się mosty, łamią gałęzie i kruszą się skały, a bohaterowie wychodzą bez szwanku nawet jeżeli wcześniej trzeba było wykonać łamiącą karki ewolucję. Drugi wystrzał szepcze słowa o tym, że film został podporządkowany młodszemu widzowi. Owszem, nie brakuje klisz, tanich chwytów i ukłonów w stronę mniej wymagających widzów. Trudno tego nie zauważyć. Echo eksplozji niesie przypomina o narracyjne powtórce. Jackson skonstruował „Hobbita” trochę jako kopię historii opowiedzianej w „Drużynie Pierścienia’. Mamy długi prolog, w którym zbiera się drużyna śmiałków, w połowie filmu zawitamy do Rivendell, zaś pod koniec czeka na przygoda w wnętrzu niebezpiecznej góry.

Mimo wszystko i tak mamy do czynienia z filmem, w którym podły sentyment  nagminnie przywołuje skojarzenia z najlepszymi momentami z trylogii. Jeszcze raz okazało się, iż Peter Jackson to właściwy człowiek  na odpowiednim miejscu. Chociaż pomysł rozciągnięcia scenariuszowego bajania aż na trzy długie filmy zalatywał podłym skokiem na kasę to jednak większości dodanych wątków okazała się wcale nie gorsza niż to, co przeniesiono prosto z kart książki.  Z całą pewnością będzie  jeszcze o czym opowiadać przez najbliższe kilka godzin jakie pozostały do zakończenia „Hobbita”. Kapitalnym pomysłem okazała się decyzja o głębszym zespoleniu ze sobą wydarzeń z „Hobbita” i z „Władcy Pierścieni”. U Tolkiena czegoś takiego nie było. Za to Peter Jackson będzie chciał uczynić ze swoich sześciu filmów, najprawdziwszą filmową sagę. Przyklaskuję i popieram.

hobbit 2

Suma summarum, ciężko o dodanie czegoś więcej. Fanów nie trzeba przekonywać, acz jestem pewien, że nie wszyscy wyjdą z kina w pełni zadowoleni. W razie czego zawsze można delektować się perfekcyjną stroną techniczną – począwszy od muzyki, a skończywszy na zdjęciach. Oglądnąłem w tym roku sporo znacznie mądrzejszych lub sprawniej zrobionych  filmów od „Hobbita”, ale na żadnym się nie bawiłem się tak dobrze. To mimo wszystko ten sam świat co wcześniej, choć może trochę młodszy i bardziej kolorowy. Pradawne zło dopiero się budzi, więc cóż stoi na przeszkodzie, aby otworzyć szeroko oczy i po prostu cieszyć się przygodą? Panie Jakcson  – czekam. I wszystkim marzycielom radzę to samo.8