Zaznacz stronę

Do „I tak nie zależy nam na muzyce” podchodziłem z pewną taką nieśmiałością, nawet pomimo tego, iż wiedziałem o tym że mam do czynienia ze zwycięzcą ubiegłorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty w kategorii „Filmy o sztuce”. Jak się później okazało, film Dupier’a i Kuentz’a to dzieło dość zniechęcające przy pierwszym kontakcie. Ale czy ktoś powiedział, że miłość przychodzi bez trudu?


Obraz skupia się na grupce japońskich artystów spełniających się w tworzeniu muzyki z gatunku noise, walcząc w ten sposób z postępującym konsumpcjonizmem i zanikiem japońskiej kultury.  Nie jest to żaden  typowy dokument z ambicjami pełnienia informacyjnej posługi czy propagandowa wydmuszka. Autorzy zręcznie unikają epatowania tzw. „gadającymi głowami”. To bardziej film-impresja. Trzeba wiedzieć, że noise ma Japonii sporą liczbę reprezentantów, tworzących silną scenę, z których najbardziej znany jest chyba Merzbow.  Noise jako gatunek obliczony przede wszystkim na spowodowanie hałasu i wydobywaniu wszelkiego rodzaju  nietypowych dźwięków, nie jest z całą pewnością łatwy w odbiorze. Dla kogoś nieobeznanego z takim typem muzyki, pierwszy kontakt z pewnością będzie szokiem. Dla mnie też był.

Początkowe kilkanaście minut to istna droga przez mękę. Nieprzygotowany na to co mnie czekało, podobnie jak  reszta osób siedzących razem ze mną na sali, po tych kilkunastu minutach byłem szczerze przekonany, że przyjście na ten właśnie film to był błąd dużego kalibru. Z głośników nieustannie wylewało się coś, czego nie można było nazwać inaczej niż kakofonią. Co mniej odporne jednostki szybko postanowiły opuścić salę. Reszta radziła sobie jak mogła. Zatykanie uszu, chowanie się głęboko w oparcie kinowego fotela i przede wszystkim rzecz najważniejsza. Cierpliwość. Ale warto było.

Yamakawa Fuyuki synchronizuje na przemian włączające się i gasnące żarówkami z rytmem uderzeń swojego serca. Wydobywa dźwięki z każdej części swojego ciała, a których „nie jesteśmy nawet świadomi”. Sympatyczny wiolonczelista -Sakamoto Hiromichi –  kończy swój występ, wykorzystując… szlifierkę do metalu na metalowym szpikulcu wiolonczeli. Wszelakie stuki, puki, świsty, trzaski atakują z każdej możliwej strony. Reżyserzy bardzo zgrabnie łączą te muzyczne wyskoki z odgłosami miasta. Miarowy stukot pociągu, odgłos metalu miażdżonego na złomowisku, a chwilę później dziewczyna szarpiąca, bez opamiętania i kompletnie bez ładu, gitarowe struny gdzieś na pustej plaży. Miasto to przestrzeń pełna dźwięków, równie nietypowych i istotnych  jak te tworzone przez artystów. Forma dokumentu znakomicie współgra z jego treścią.

To wszystko tworzy osobliwą, co prawda, ale harmonijną całość. Chwilę wytchnienia dają jeszcze rozmowy z muzykami, stosunkowo nieliczne wprawdzie, ale dające wyobrażenia co pcha ich do tworzenia takiej a nie innej muzyki. Dyskutują o muzyce, dźwiękach, eksperymentach, o znienawidzonym konformizmie. Oczywiście da się wyczuć wśród bohaterów dokumentu pewną skłonność do pozerstwa. Niemniej jednak wciąż bije z nich zaskakująca szczerość, siła i pasja. Jakieś niedbałe wyzwanie rzucone światu. Jakby chcieli powiedzieć: „Jesteśmy tutaj i jesteśmy bardzo głośni.”

Gdybym miał się kierować wyłącznie subiektywnym odczuciem, ciężko byłoby mi wskazać jakieś poważniejsze wady tej produkcji. Po zastanowieniu jednak, zwróciłbym uwagę na hermetyczność i nieprzystępność dla wrażliwego widza. To właściwie bardziej nieco przydługi teledysk niż zwarta koncepcja. Tym niemniej mnie oraz – jak udało mi się zauważyć – części osób siedzących na sali, dość szybko udało się uchwycić hałaśliwy rytm filmu. Z tym, że wymaga to pewnej dozy samozaparcia.

Nie jest to obraz traktujący ani o noise , ani o buncie. Bunt, który początkowo wydaje się ważny, z biegiem czasu schodzi gdzieś na dalszy plan. Może sednem  „I tak nie zależy nam na muzyce” jest potraktowanie tego co wyczyniają ci młodzi ludzi, jako formy ekspresji. Muzyka zaś pozostaje tylko środkiem. Jednym z wielu. „I tak nie zależy nam na muzyce” polubią przede wszystkim miłośnicy życiowych dziwactw, światopoglądowych odchyleńców i szeroko pojmowanych doświadczeń granicznych. Z tego co napisałem rysuje się obraz typowego filmu z gatunku „Love or hate”. Ja tam się zakochałem, toteż polecam wypróbowanie tego egzotycznego dania.  A nuż,  widelec…

P.S.  Na zachętę ostatni, najbardziej przystępny, utwór z filmu.

http://official.fm/tracks/212087