Zaznacz stronę

„John Carter” od samego początku miał pod górkę. Zero topowych nazwisk w obsadzie, kompletny brak pomysłu na fajną kampanię marketingową i wiszący nad filmem, niczym miecz Damoklesa, bagaż w postaci niemal 300-milionowego budżetu. Do tego scenariusz oparty na książce, z której istnienia zdają sobie sprawę chyba tylko pozamykani w piwnicach pasjonaci gatunku. Książki dość oryginalnej w swoim czasie, ale prawie 100 lat po premierze pierwszej części cyklu niemal każdy pomysł Edgara Rice Burroughsa zdążył już zostać przefiltrowany przez kulturę na setki – jeśli nie na tysiące – sposobów. Nie miał łatwo reżyser Andrew Santon, oj nie miał. Zwłaszcza, iż był to dla niego pierwszym film realizowany z udziałem żywych aktorów. Klapa roku? Niekoniecznie.

Oto tytułowy bohater, niezwykłym zbiegiem okoliczności trafia na mało przyjazną, ale niepozbawioną życia, powierzchnię Marsa. Różnica w warunkach, jakie panują na Ziemia i na Czerwonej Planecie, czyni z niego istotę dużą silniejszą i sprawniejszą od pozostałych mieszkańców planety. Galopujący splot okoliczności sprawia, że staje się jedyną osobą zdolną zakończyć długi konflikt pomiędzy dwoma marsjańskimi mocarstwami – z których dla przejrzystości jedno nosi się na niebiesko, a drugie na czerwono. A dalej…. niech każdy dopowie sobie sam. Wielokrotnie wykorzystywany w sztuce motyw niespodziewanego zbawcy, jak i wiele innych atrakcji, szybko utwierdza nas w przekonaniu, że „John Carter” ani na moment nie zamierza się oderwać od dawna przetartych szlaków.

Mimo wszystko „John Carter” całkiem nieźle broni się, jako nieco staroświecka opowiastka science-fiction. Wszystkie pomysły, jakie wykorzystuje film Andrew Stantona zostały już na tyle mocno ograne, że ich konsumpcja przypomina próbę wgryzienia się w lekko już wczorajsze ciasto. Niby smakuje ok., ale to nie to samo co na początku. Cały myk polega więc na takim przedstawieniu historii, żeby ograne chwyty poddać pewnego rodzaju specyficznemu faceliftingowi. Częściowo się to udaje, bo twórcy zdając sobie sprawę, z jakim materiałem mają do czynienia i nie próbują na siłę uwspółcześnić powieści Burroughsa. Skutkiem tego „John Carter” to taki kontrolowany, acz przyjemny, kicz, udanie nawiązujący do stylistyki gatunkowej znanej z dawnych space oper. Film świadomie rezygnuje z modnego ostatnio hi-techu na rzecz lekko baśniowej konwencji, charakterystycznej dla wyobrażeń o obcych cywilizacjach sprzed niemal wieku. Prawdę mówiąc gdyby zamienić Marsa na cokolwiek innego, nie miałoby to większego przełożenia na odbiór opowieści.

Cóż o filmie Andrewa Santona nie w sposób pisać elaboraty. Na szczęścia, dość niespecjalna warstwa treściowa nie psuje solidnego ogólnego wrażenia. Unoszący się naokoło klimat staromodnej przygody, zgrana aktorska ekipa oraz  wystarczająca powaga z jaką do swojego dzieła podeszli twórcy, całkiem skutecznie ratują „Johna Cartera” od artystycznej porażki. Przyjemna rozrywka nie zostaje, więc zepsuta przez wszechogarniający schemat, a fabularny recykling, którego jesteśmy udziałem, nie przeszkadza aż tak bardzo. Mnie osobiście, szczególnie ucieszyła obecność kilku znanych serialowych twarzy I tak po stronie złych bryluje nie, kto inny jak McNulty z „The Wire”, zaś po stronie dobrych mamy Juliusza Cezara i Marka Antoniusza z „Rzymu” (od HBO). Ci ostatni dwaj zresztą niemal kopiują swoje role z wspomnianego serialu.

W chwili, gdy piszę powyższe słowa, „John Carter” z trudem dobija się do poziomu pozwalającego na niewielki zwrot kosztów produkcji. Pewnie teraz ktoś, gdzieś w Hollywood oddycha z ulgą. Mnie to także cieszy, bo w przeciwieństwie do wielu innych zrealizowanych za olbrzymie pieniądze produkcji, „John Carter” nie sprawił, że miałem ochotę poprosić obsługę kina o zwrot tych kilkunastu złotych za bilet. Wtórne to, co prawda jak cholera, ale czy „Avatar” nie był podobną popkulturową kserokopią? Recenzowany właśnie obraz  drugim „Avatarem” nie będzie z pewnością. Brakuje tutaj jakiegoś elementu (choćby przełomowej technologii) o którym by się dyskutowało, rozgrzewającego internetowe fora do czerwoności. Dla widza, któremu wtórność nie przeszkadza, obraz Andrew Santona zaoferuje jednak ekwiwalent w postaci sprawnie zrealizowanego widowiska. Choć bez ambicji zapisania się złotymi głoskami w historii kina.  Mnie to pasuje.