Zaznacz stronę

W recenzowanym nie tak dawno „Immortals”, życzyłem Tarsemowi Singhowi by przy następnej okazji trafił mu się zdecydowanie lepszy scenariusz. No i proszę! Minęło ledwie pół roku i okazało się, że indyjski reżyser wcale nie musiał długo czekać. „Królewna Śnieżka” to zdecydowanie lepsza produkcja od „Immortals” (o co zresztą nietrudno) i przy okazji rzecz nadzwyczaj sympatyczna. Chociaż najprawdopodobniej za jakiś czas mało kto będzie o niej pamiętał. Ale do cholery z tym, bo ten mały idiota w mojej głowie uparcie powtarza, że było nawet fajowo. A było!

Fabuła raczej nie grzeszy skomplikowaniem. Zła Królowa nienawidzi biednej Śnieżki, bo ta jest pierwszym – w zasadzie jedynym – pretendentem do tronu oraz do tytułu najpiękniejszej kobiety w królestwie. Wraz z rozwojem akcji pokazuje się jeszcze przystojny Książę i cała reszta sympatycznej hałastry. Śnieżka tymczasem nie próżnuje i nie plącze się po lesie dręcząc biedne zwierzątka (mogło to być trochę inaczej…), tylko bierze sprawy w swoje delikatne rączki, i szybko uczy się wojowniczego fachu. Zuch dziewczyna.

„Królewnie Śnieżce” pełno jest zagrań na opak. To nie Książę budzi księżniczkę ognistym pocałunkiem, napój miłosny nie działa tak jak powinien, a zgraja krasnoludków para się złodziejskim fachem, w czym wydatnie pomagają im specjalnie skonstruowane  sprężynowe spodnie. Nad wszystkim unosi się wizualna wrażliwość Tarsema Singha. Już od pierwszych scen widać, kto przyłożył rękę do tego filmu. Fantazyjne, bogato zdobione kostiumy, odważna kolorystyka i nietypowe pomysły inscenizacyjne. Wszystko tu wygląda po prostu c-u-d-o-w-n-i-e. Dodajcie do tego jeszcze szalejącą w każdej scenie Julię Roberts, której słodki uśmiech kapitalnie kontrastuje z podłym charakterem. Cała reszta obsady wypadła w miarę przyzwoicie, choć mój osąd może być nieco zaburzony, bo oglądałem wersję z pełnym polskim dubbingiem. Zostawiam ten temat w takim razie. Tak czy siak, póki co „Królewna Śnieżka” zbiera ode mnie same pochwały.

Kiedy jednak kolejne wywrotowe pomysły przestają zaskakiwać, szybko zorientujemy się, że tak naprawdę rewolucjonistyczne zapędy reżysera to tylko fasada, a sam film jest tylko nieco zmodyfikowaną wersją po tysiąckroć ogranego disnejowskiego mitu. I jak to w baśniach bywa, wszystko i tak skończy się szczęśliwie. Po prawdzie mówiąc „Królewna Śnieżka” nie jest w zasadzie niczym więcej niż zgrabnie zrealizowaną komedyjką dla całej rodziny. Obrazowi Tarsema brakuje szczypty dramatu, akurat tyle by można było, choć trochę zwątpić w powodzenie planów i marzeń będących udziałem bohaterów. Im dalej w las tym gorzej pod tym względem, a wspomniany problem szczególnie uwidacznia batalistyczna końcówka, która miast nieść ładunek emocjonalny ciągle babra się w prostych komediowych gagach. Na szczęście, gdy człowiek pomału zaczyna się wiercić w fotelu, akurat wszystko się kończy. W sam raz.

„Królewna Śnieżka” to film, jaki mógłby nakręcić Terry Gilliam, pozbawiony jednak tego kwasu i wewnętrznego cynizmu, tak charakterystycznego dla twórczości brytyjskiego twórcy. Jak już wspominałem, wszystko kończy się, bowiem szczęśliwie. Kiedy jednak wydaje się, że już nic nie zaskoczy, Tarsem na sam koniec zostawia swój najlepszy numer. Wchodzą napisy końcowe. Pojawia się nazwisko reżysera i niewielki epilog. W tym momencie Śnieżka zaczyna odstawiać… taniec rodem z Bollywoodu! Aż wyrwało mi się jedno mało eleganckie słowo. Nie wypada zacytować… Za takie numery należy się radosna szósteczka. Damn you, Tarsem!