Zaznacz stronę

„Łowcy głów” do naszego pięknego kraju dotarli aż z dalekiej Norwegii. I to ze sporym opóźnieniem. W swoim ojczystym kraju film miał już, bowiem swojej premierę w roku 2011. Cóż,  wypada tylko powiedzieć, że lepiej późno niż wcale. Polskich dystrybutorów proszę o więcej takich niespodzianek, bo „Łowcy Głów” to rasowy thriller ze szczyptą kryminału i czarnym jak smoła humorem. Czyli wszystko to, co tygryski lubią najbardziej.

Fabuła „Łowców Głów” oparta jest na jednej z powieści Jo Nesbo, znanego na całym świecie autora kryminałów. Nie wiem jak literacki oryginał ma się do swojego kinowego odpowiednika, ale to, co oglądamy na ekranie zdecydowanie wystarczy by spokojnie poświadczyć o jakości pierwowzoru. Główny bohater to nieco antypatyczny osobnik z kompleksem wzrostu i wieczną obsesją na punkcie pięknej żony. Jako profesjonalny headhunter cieszy się dobrą reputacją, a i na zarobki nie może narzekać. Prawdziwe interesy ubija jednak w całkowicie inny sposób. Otóż Roger trudni się kradzieżą dzieł sztuki. Rzadkich malowideł będących w posiadaniu osób prywatnych. Dzięki sprytnemu wywiadowi oraz pomocy wspólnika, pracującego w firmie ochroniarskiej Ove, od czasu do czasu wzbogaca się znacznie ponad swój stan społeczny. I wszystko byłoby cacy, aż do pewnego feralnego wieczoru, gdy poznaje niejakiego Clasa Greve (Nikolai Coster-Waldau, fani „Gry o tron” szybko rozpoznają tę twarz). Od tej pory jego uporządkowane życie wpada w koleiny złośliwego losu i zanim uda się całą sprawę doprowadzić do końca poleje się niemało krwi i jeszcze więcej potu. Nie tylko ze strony Rogera. 

W myśl zasady „im dalej w las tym gorzej”, na głowę głównego bohatera od pewnego momentu zaczynają spadać wszystkie nieszczęścia świata. W ten sposób ktoś, kogo nie darzyliśmy z początku specjalną sympatią, nagle uzyskuje naszą uwagę. Działający w tym przypadku stary jak świat fabularny mechanizm, w prosty sposób zmienia sprawia, że zaczynamy darzyć sympatią tego mało sympatycznego i wcale nie kryształowego, protagonistę. Ten dość klasyczny chwyt, nie zadziałałby by jednak gdyby nie rozsądne rozpisanie historii. Film Mortena Tylduma nie zmienia się z doskoku w mało realistyczny sensacyjny mariaż, gdzie nagle ścigany staje się łowcą, a łowca ofiarą, na której zastawiono sidła. Tutaj celem jest przede wszystkim ucieczka i połączona z dramatycznymi wyborami, walka o przeżycie. Na dokładkę dostajemy jeszcze spore ilości czarnego humoru, który tym razem występuje  w postaci brawurowej ucieczki wiejskim traktorem czy niekoniecznie przyjemnej kąpieli w wiejskim wychodku. Takie czasy. Wprawdzie prędzej czy później scenariuszowe schematy i tak będą musiały się spełnić niczym mroczna przepowiednia, to jednak umiejętnie prowadzona fabuła każe bardziej docenić krwawy realizm norweskiego obrazu niż ułomności finałowej puenty.

„Łowcom głów” brakuje właśnie jakiegoś dobrego podsumowania. Zanim kurtyna opadnie twórcy zdążą rozpiąć każdy fabularny guziczek nie zostawiając widzowi miejsca na jakiekolwiek domysły. Wspomniany zarzut odnosi się zresztą do całego obrazu. Właśnie wspomniana wyżej przejrzystość wydaje się być największym grzechem norweskiego filmu, przez co pozostanie on dziełem raczej jednorazowego użytku, które choć ogląda się zainteresowaniem, a czasem nawet z podziwem, to na sam koniec pozostawia dość smutną konkluzję, iż może gra niekoniecznie była warta świeczki. Mimo, że potrafi  niejednokrotnie zaskoczyć, to zbyt rzadko wrzuca  na twarz grymas osłupienia, przez co obraz Tylduma raczej nie znajdzie swojego miejsca w ścisłym thrillerowym kanonie i podejrzewam, iż zostanie szybciej zapomniany niż przebajerowana „Dziewczyna z tatuażem”. A szkoda. Do „Dziewczyny z Tatuażem” nawiązuję zresztą nie przypadkowo, bo „Łowcach Głów” uważny widz wychwyci sporo nawiązań do słynnej trylogii Stiega Larssona. W jednej ze scen bohaterowie oglądają ekranizację drugiej części cyklu, zaś kilka wcześniej niewykorzystanych scen ze szwedzkiego „Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, zostało – po uprzedniej obróbce – użytych w „Łowcach Głów”. Ot, ciekawostka.

„Łowcy głów”, z całą pewnością nie są żadnym mistrzostwem świata w swojej dziedzinie. Twórcy prochu nie wymyślili, ale całkiem zręcznie poskładali w jedną całością wszystkie cechy, którymi powinien charakteryzować się solidny thriller. W połączeniu z dobrym aktorstwem i podaną bez upiększeń historią emanującą chłodnym klimatem norweskiego zadupia, dostajemy dobry thriller/kryminał z pasującym jak pięść do nosa, zakończeniem.  Na uczciwą siódemką w sam raz wystarczy. Polecam zobaczyć, bo w najbliższym czasie raczej niewiele dobrego będzie się dziać w tym gatunku.