Zaznacz stronę

Nie czekałem na  „Mission Impossible: Ghost Protocol”. Z dotychczasowych „misji niemożliwych” podobała mi się tylko pierwsza część cyklu, ta której autorem był Brian De Palma. Do kina, z racji panującej obecnie grudniowej posuchy, tak czy siak  się wybrałem. Uczciwość każe mi postawić sprawę jasno. „Mission Impossible 4” to film nierealistyczny, efekciarski, przesadzony, gdzie prawdopodobieństwo pochowano żywcem i zakopano kilka metrów pod ziemią. Ale to także obraz odwołujący się do tego małego gówniarza, który siedzi gdzieś tam w tobie i zajadając popcorn krzyczy na cały głos „Więcej! Mocniej! Głośniej!!”.  Bo pomimo tego co napisałem wcześniej,  ma się ochotę zakrzyknąć coś jeszcze. Ależ to była bombowa zabawa!

Tym razem Ethan Hunt musi zapobiec potencjalnej wojnie atomowej pomiędzy dwoma wielkimi mocarstwami. Po spektakularnej ucieczce z więzienia, dostaje zadanie  zdobycia informacji na temat mężczyzny o pseudonimie Cobalt, polującego na rosyjskie kody nuklearne w celu wywołania atomowego holocaustu i zbudowania na gruzach naszego świata nowego porządku. Udaje się w tym celu na Kreml, ale na jego nieszczęście Cobalt uprzedza jego ruchy wrabiając naszego dzielnego szpiega w próbę zamachu bombowego. Napięcie pomiędzy USA a Rosją sięga szczytu, a amerykański rząd odcina się od całego IMF, więc Hunt i jego ludzie muszą działać na własną rękę, przez cały czas mając na plecach rosyjskie siły śledcze. Nie będzie łatwo, ale nie na darmo film ma w tytule słówko „impossible”, prawda?

Agent Hunt i jego drużyna realizmowi się nie kłania, toteż jego najnowsza misja to festiwal pościgów, strzelania i wysokoprocentowej akcji podanej na tle niesamowitych plenerów. W dziewięciu przypadkach na dziesięć zgrzytało by to i to bardzo, ale w ramach przyjętej konwencji sprawdza się doskonale, dzięki czemu Widz uśmiecha się od ucha do ucha widząc na ekranie kolejną  efektowną bzdurę. Jeden wymyślny gadżet zastępowany jest co chwilę przez kolejny (imitator pomieszczeń!,  kurtka magnetyczna umożliwiająca unoszenie się w powietrzu!), a najlepszy amerykański szpieg co rusz wychodzi cały z sytuacji, które dla normalnego człowiek zakończyłby się kilkumiesięczną przymusową wizytą w szpitalu. Widać w  szatach bezpretensjonalnego kina rozrywkowego udającego dla niepoznaki film szpiegowski Ethan Hunt czuje się jak ryba w wodzie.

Część fanów może postrzegać czwartą odsłonę „dokonania niemożliwego” jako sprzeniewierzenie się tradycji serii, która przecież startowała jako pełni poważne dzieło z nieznaczną dawką humoru. W „Ghost Protocol” od dowcipu czasem aż skrzy, nawet gdy życie milionów wisi na włosku, a czas bezlitośnie ucieka. Jego głównym dostarczycielem jest znany komediowy aktor Simon Pegg, w roli delikatnie roztrzęsionego, świeżo upieczonego terenowego agenta. Zresztą pozostali odtwórcy głównych ról także mają tutaj swój udział. Do tego czuć tą chemię jaka była pomiędzy aktorami oraz to, że cała ekipa po prostu świetnie się bawiła przy wymyślaniu kolejnych scen. Tom Cruise gra na dużym luzie, od Jeremy’ego Rennera (pamiętnego sapera z  „The Hurt Locker”)  bije charyzmą na kilometr, zaś Paula Patton  wygląda naprawdę zabójczo w zielonej sukni. Reżyser Brad Bird  bardzo dobrze wiedział jak efekt chce osiągnąć i zdołał do niej przekonać wszystkie osoby obecne na planie filmowym, dlatego też, pomimo czasem ewidentnych głupotek oraz bycia na bakier z logiką, z jego dzieła bije szczera radość tworzenia. Wystarczy zwrócić uwagę w jakich czasem nietypowych sytuacjach i miejscach Bird stawia swoich bohaterów by zdać sobie sprawę ile radochy sprawiło mu wymyślanie tego wszystkiego. Dobrze jest zatem  podejść do „Mission Impossible 4” jako w pełni autonomicznego dzieła. Ja tak zrobiłem, ale mimo to udało mi się zauważyć całkiem sporo miłych smaczków dla fanów poprzednich części. Jak to mówią: „I wilk syty i owca cała.”

„MI: Ghost Protocol” nie jest dziełem skończonym, bo na to i owo po prostu muszę ponarzekać. Na pierwszy ogień idzie straszliwie sztampowa fabuła, która jest tylko dodatkiem do ryku sportowych samochodów, głuchego odgłosu ciosów i wszelakiego rodzaju strzelanin oraz wybuchów. Raz jest bardziej zaakcentowana, a raz mniej, ale przez większość czasu nie wychodzi poza rolę niezbędnego tła. Punkt drugi. Beznadziejny łamany przez bezjajeczny „badguy”. Rzadko go widać, rzadko go słychać przez co  ma się wrażenie jakby boski Tom Cruise uganiał się za duchem, a nie przeciwnikiem z krwi i kości.  Nie wszystkie sceny akcji wyszły też tak dobrze jak zaplanowali to sobie twórcy, ale z drugiej strony szybko się o nich zapomina gdy przychodzi do oglądania tego co dzieje  w czasie wizyty czwórki nieustraszonych szpiegów w Burj Dubai. Najlepsza sekwencja akcji w tym roku?? Uff, kto wie…

Ta Pani właśnie zastanawia się nad seansem „Ghost Protocol”. Może ją zaprosicie?

Brad Bird  to facet mający na koncie do tej pory kilka nieprzeciętnych animowanych produkcji takich jak „Stalowy Gigant”, „Iniemamocni” czy „Ratatuj”. Najnowsza odsłona przygód agenta Hunta to więc jego pierwszy w pełni aktorski twór. W „Mission Impossible: Ghost Protocol” daje dobry przykład reżyserskiej zręczności i  udowadnia znajomość prawideł rządzących współczesnym kinem rozrywkowym. Dzięki niemu Ethan Hunt powraca po raz czwarty. I czyni to w dobrym stylu. Tym niemniej mam wrażenie, że po raz piąty ten sam numer już nie przejdzie. Choć w Hollywood nie można być niczego pewnym…

Zanim to jednak nastąpi, możemy cieszyć się z obecności wyjątkowo przyzwoitego kawałka filmowej zabawy.Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił  i choć bym bronił się przed co chcę teraz napisać, to jako krótkie podsumowanie przychodzi mi na myśl tylko jedno zdanie. Fajny film właśnie obejrzałem. Wbrew pozorom nie jest to tak częsty przypadek jakbym chciał.