Zaznacz stronę

Jest w tym filmie pewna scena w trakcie której to Jung, z pomocą pacjentki, poddaje analizie swoją własną żonę. Świetnie nakręcona i zagrana, w bezceremonialny sposób ujawniająca odczucia i oczekiwania tej kobiety w stosunku do małżeństwa ze słynnym psychiatrą. Właśnie w tej chwili już w zasadzie byłem pewien, że  przyjdzie mi oglądnąć co najmniej dobry film, a mój czas nie będzie czasem straconym. „Niebezpieczną metodę” Davida Cronenberga, specjalisty od wszelkiego rodzaju psychoz, można odczytywać i jako zarys początków nowoczesnej psychoanalizy, i jako historię rywalizacji pomiędzy Gustawem Jungiem a Zygmuntem Freudem, czy jako rzecz o tłumieniu w sobie seksualnych żądzy, a nawet jako pewien obraz epoki. Dla mnie jednak „Niebezpieczna metoda” jest nade wszystko o grzebaniu sobie nawzajem w głowach.

Dramaturgiczna oś filmu koncentruje się na postaci Gustawa Junga i jego dylematach. Wykorzystuje on metodę Freuda – polegającą na leczeniu poprzez rozmowę – na Sabinie Spielrein, pacjentce mającej wyjątkowo silną neurozę na tle seksualno-masochistycznym. W miarę postępów w leczeniu, Jung stopniowo zaczyna przekraczać kolejne moralne granice, które wcześniej poczytywał  jako nienaruszalne. Postawa bohatera wobec rzeczywistości kwestionowana jest praktycznie przez wszystkie ważniejsze postacie obecne w scenariuszu. Freud, którego Szwajcar spotyka dzięki próbom leczenia Sabiny Spielrein, chciałby w nim widzieć zaledwie kontynuatora własnych teorii, przeciwstawiając się Jungowskiemu dążeniu do kwestionowania podstaw ludzkiej wiedzy. „Musi być jakaś inna siła, napędzająca ten świat” – powtarza jak mantrę Jung; mając na myśli oczywiście seks, który dla Freuda jako naczelnego „zboczeńca” swoich czasów  był głównym źródłem psychicznego rozchwiania gatunku ludzkiego. Panna Spielrein zaś to katalizator przemian zachodzących, w uporządkowanym dotąd, życiu szwajcarskiego psychiatry.

Cronenberg w wielu swoich poprzednich dokonaniach wyciągał na wierzch skryte obsesje, wypaczenia i lęki, z pełną premedytacją torturując swoich widzów widokiem tychże. W „Niebezpiecznej metodzie” rezygnuje z brutalnej dosłowności i  świadomie się hamuje, oddając tym samym powściągliwego ducha epoki w której przyszło żyć głównym bohaterom. Cóż, mam nadzieję, że czyni to wyjątkowo bo osobiście wolałem gdy w „Nagim lunchu” zmuszał karaluchy do mówienia, a żywe trupy w „Dreszczach” obdarzał niepohamowanym popędem seksualnym. Nie wspominając już o spustoszeniu jakiego dokonywał na młodych umysłach seans „Muchy”. Dawne metody oddziaływania na widownie zostały więc porzucone, ale wciąż dręczony jest przez te same zagadnienia. Cielesność i seksualność to tematy wielu jego filmów i w tej kwestii „Niebezpieczna metoda” niewiele zmienia. Cronenberg sięga do pierwszych poważnych źródeł tych zainteresowań, momentu gdy człowiek zaczyna głośno mówić o wewnętrznych mocach kierujących jego istnieniem. O seksie więcej się dyskutuje niż się go pokazuje i pewnym momencie rzeczywiście  można  zacząć oczekiwać estetycznego szoku, lecz reżyser konsekwentnie trzyma szaleństwa na wodzy. Stałe tematy  są więc wciąż obecne, choć subtelniej wyeksponowane.

Szeroko reklamowany pojedynek dwóch gwiazd ówczesnej psychologii, zawiedzie tych którzy oczekiwali po nim gwałtowności. Obaj panowie nie dopuszczają bowiem do „scen” pomiędzy nimi, zaś ich najbardziej wyrazista sprzeczka, toczy się korespondencyjnie za pomocą długich listów. Emocji, tych prawdziwych i soczystych, nie ma zbyt wielu w tym filmie. Konflikt Freud – Jung to w istocie konflikt idei, nie zaś charakterów. W zasadzie nawet ich początkowa przyjaźń opiera się na zawodowej fascynacji. Oto bowiem spotyka się dwójka ludzi godnych siebie pod względem intelektualnym.

Jak już wspomniałem na wstępie, „Niebezpieczna metoda” to opowieść o rozdrapywaniu mentalnych strupów w własnym jak i cudzym umyśle. Człowiek właśnie zaczyna odkrywać podstawy swoich lęków. Bohaterowie sondują się nawzajem, próbując  wydobyć z drugiej osoby jakąś cząstkę samych siebie. Ważne staje się pytanie: „Dlaczego jesteś jaki jesteś?”. Dla Junga odpowiedź na to pytanie to krok do kolejnego tzn.: „Jak sprawić byś mógł być taki jakim zawsze chciałeś być”? Dla Freuda nie ma kolejnego pytania, a próba jego stworzenia to tylko przeskok z jednej iluzji do drugiej.  Ten sam mężczyzna w czasie podróży do Ameryki na widok Nowego Jorku oznajmia, iż ciekaw jest czy Amerykanie wiedzą, że razem z swoim młodszym kolegą przywożą do Nowego Świata plagę  w postaci swoich teorii.

Aktorsko „Niebezpieczna metoda” jest bardzo mocna, między innymi dlatego, że David Cronenberg zostawia spore pole do popisu swoim aktorom. Najbardziej wyrazista zdaje się rola Keiry Knightly. Nieco przeszarżowana i łatwa do wyśmiania, ale mimo to naprawdę dobra, zważywszy chociażby na poziom wyzwania jakiemu musiała podołać. Chociaż jej śliczna twarzyczka niekoniecznie pasuje do tej postaci. W roli Freuda, etatowy ostatnio Cronenberowski aktor czyli Viggo Morgenstern, zaś jako Junga oglądamy mającego od dłuższego już czasu dobrą rękę do doboru ról, Michaela Fassenbendera. Jest jeszcze Vincent Cassel w roli seksoholika i hedonisty Otto Grossa, wodzącego na pokuszenie statecznego Junga. Pan  Gross widzi w  swoich pacjentkach sposób na zaspokojenie własnych żądzy, zaś hamowanie popędów odczytuje jako największą tragedię ludzkości.  Wszyscy trzej prezentują się na ekranie nad wyraz porządnie.

Największym problemem jaki mam z „Niebezpieczną metodą” jest taki że w zasadzie nie wyczerpuje w pełni satysfakcjonująco tematów  które podejmuje. Ponad 90 minut projekcji to raczej za mało by uczciwie objąć wszystkie kwestie  poruszone w  scenariuszu. Ponadto dzieło Cronenberga w paru miejscach jest zbyt oczywiste treściowo i wygładzone. Kanadyjczyk na starość nieco złagodniał i choć wszystko to co nurtowało Go wcześniej, jest i obecne w „Niebezpiecznej metodzie”, to mnie osobiście brakowało tej odrobiny chropowatości i szaleństwa, obecnych w jego poprzednich dokonaniach. Mimo pewnej akademickości  „Niebezpieczna metoda” to ciągle kawał dobrego i zrobionego z głową kina. Świetne wrażenie pozostawia jeszcze pesymistyczne zakończenie, z widmem wojny nadciągającej nad Europę. Listopad zatem  rozpoczyna się co prawda bez olśnienia, ale  obiecująco. A  stary prowokator jak prowokował tak  w dalszym ciągu prowokuje, tylko nieco inaczej. Dobrze jest.