Zaznacz stronę

Zatrudnij wielkiego jak rewolucja francuska murzyna o szerokim uśmiechu i wielkim sercu. Każ mu robić wszystkie te rzeczy na które prawie każdemu z nas brakuje odwagi. Masz już lokomotywę która pociągnie fabułę. Drugim bohaterem uczyń bogatego tetraplegika. Teraz masz i trochę dramatu. Weź na tapetę stary  jak świat schemat. Zderz ze sobą te dwa  różne niczym ogień i woda osobowości i zrób z tego komedię. Wspomnij jeszcze o oparciu swojego filmu na autentycznej historii. Oto przepis na „Nietykalnych” – francuski przebój sezonu. Teraz tylko wymieszaj składniki i voilà!

Jak już wspomniałem, fabuła „Nietykalnych” opiera się na koncepcie zderzenia dwóch różnych światów. Pierwszy reprezentowany jest przez Philippe – niezwykle bogatego konesera sztuki. Choć Philippe ma wszystko o czym może pomarzyć przeciętny człowiek, to życie wcale się do niego uśmiecha. W chwili gdy poznajemy jest sparaliżowany od szyi w dół i dość zrezygnowany swoją aktualnym położeniem. Zresztą trudno mu się dziwić. W drugim narożniku mamy czarnego reprezentanta niższych warstw społecznych –  Drissa. Całkiem niedawno wyszedł on z więzienia i jakimś cudem trafił na rozmowę kwalifikacyjną, którą Phillipe przeprowadza by wyłonić swojego osobistego pielęgniarza. Driss dostaje ostatecznie wspomnianą posadę. Choć początki nie są łatwe, okaże się, że spotkanie tej dwójki będzie miało zbawienny wpływ na przyszłe losy obu panów.

I tak to właśnie leci. „Nietykalni” ani przez chwilę nie próbują mylić widza co do swoich zamiarów. Ot, prosta historia ku pokrzepieniu serc, którą do przodu ciągnie postać grana przez Omara Sy. Driss w jego wykonaniu uosabia witalność, siłę i prostolinijną bezczelność. Aż chciałoby się z takim usiąść, zapalić szluga i porozmawiać o tych wszystkich nic nie znaczących bzdetach. Ciężko jest w zasadzie zarzucić coś konkretnego obrazowi Oliviera Nakacho i Erica Toledano. Ja jednak mam z „Nietykalnymi” problem nieco innego rodzaju. Owszem,  film szlachetnie wmawia nam by śmiało iść do przodu  w pogoni za swoimi marzeniami i to by nie zastanawiać się zgubnie co będzie jak spróbujesz, tylko co się stanie jeżeli tego nie zrobisz. Piękne to i ładne. Pod jednym warunkiem, oczywiście. O ile masz kasę. Przypomina mi się od razu „Choć goni nas czas” z Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem, gdzie też bohaterowie porywali się na szaleństwa wykupione za stosy dolarów. Jakoś mi to nie gra. Ani w tamtym przypadku, ani w tym.

Szczerze mówiąc twórcy tak naprawdę mają gdzieś problemy Drissa, skupiając się przede wszystkim na Philippie, którego status majątkowy pozwala z łatwością aranżować kolejne komediowe chwyty. A gdyby był w znacznie gorszej sytuacji finansowej, to co? Siąść i płakać?  „Nietykalni” unikają w ten sposób konfrontacji ze światem nizin społecznych, prezentując prawie wyłącznie rzeczywistość bogaczy, która tak naprawdę oprócz blichtru i przepychu, niewiele ma do zaoferowania. Tutaj to Diss jest głosicielem prostej życiowej mądrości o przemierzaniu życia z podniesioną głową. Jednak poza byciem lekarstwem dla Phillippa, niewiele więcej się o nim dowiadujemy. W sumie szkoda, choć z drugiej strony zawsze można założyć, iż „Nietykalni” są  opowieścią o wyjątkowo niespodziewanej przyjaźni. Mimo to wciąż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że o przyjaźni dość jednostronnej. Ty niemniej film Nakacho i Toledano należy na pewno pochwalić za skuteczne przełamywanie stereotypu o całkowitej bezużyteczności upośledzonych fizycznie ludzi. Oni także robią wszystko to co normalny człowiek robi. Tylko nieco inaczej i z delikatną pomocą.  Pokłony dla panów reżyserów.

Powiedzmy sobie jednak szczerze. „Nietykalnych” nie da się nie lubić. Mimo wszystkiego, co napisałem.  To świetny film na deszczowe popołudnie gdy po głowie dumnym krokiem lubią przechadzać się przygnębiające myśli. Po seansie znów, ni stąd ni zowąd, wychodzi słońce a pierś napełnia się niezdrową dawką promiennego optymizmu. Na barykady!  – aż chciałoby się zakrzyknąć. Żyć, przegrywać, próbować, nie wmawiać sobie codziennie własnej beznadziei. A później się obudzić i zdać sobie sprawę, że raczej nie odwiedzi nas nadpobudliwy murzyn, ani nikt inny jemu podobny i poklepując po ramieniu powie – „Tak właśnie masz żyć”. Film także nam nie pomoże, ale całkiem skutecznie może nas do czegoś dobrego natchnąć. Choćby to było na krótką chwilę. Charles Bukowski – znany pisarz, nihilista i alkoholik – powiedział kiedyś coś takiego:

“You begin saving the world by saving one person at a time; all else is grandiose romanticism or politics.”

Dobrze jest mieć świadomość, że niektóre historie kończą się szczęśliwie.