Zaznacz stronę

Dziwnie rzecz się miała z tym „Prometeuszem”. Najpierw nikt tego filmu nie chciał. Później, gdy okazało się, że za reżyserię zabrał się sam Ridley Scott, a w sieci pojawił się pierwszy zwiastun, wcześniejszy sceptycyzm zamienił się w niemal szalony entuzjazm. Specjaliści od marketingu dołożyli do tego swoje 3 grosze, obdarzając „Prometeusza” jedną z najlepszych kampanii viralowych w historii. Balon oczekiwań urósł do niespotykanych rozmiarów i tylko nieliczni malkontenci mieli jeszcze jakiekolwiek wątpliwości. Teraz domniemany zbawca nowego science-fiction w końcu zawitał do polskich kin i wreszcie można sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Czy Król powrócił na należne mu miejsce?  Czy seria zyskała kolejne (które to już…) życie? Czy mamy do czynienia z kinem doskonałym?  Na każde z tych pytań odpowiedź jest niestety przecząca.

 

 

W „Prometeuszu” twórcy zmuszają swoich bohaterów do szukania odpowiedzi na najważniejsze pytania. Skąd jesteśmy? Kto nas stworzył i przede wszystkim, dlaczego? Z jednej strony pytania te zadają ludzcy bohaterowie pokroju idealistki Elizabeth Shaw, która swoich stwórców chce dopiero poznać, a z drugiej strony android obdarzony twarzą Michaela Fassbendera, który swoich kreatorów cały czas ma obok siebie. Oboje wydają się być zresztą najciekawszymi postaciami . W filmie bryluje jednak przede wszystkim, obdarzony niespotykaną wiedzą oraz manią dotykania wszystkiego co popadnie, wszędobylski android David. To jemu w udziale przypadają najlepsze sceny i najbłyskotliwsze dialogi. Reszta załogi Prometeusza już od samego początku wpada  jednowymiarowe schematy, w których pozostaje do już do samego końca. Jedynie kapitan statku, o swojsko brzmiącym imieniu Janek (w tej roli Idris Elba) ma w sobie jeszcze jakiś pierwiastek żywotności. Warsztatowo to oczywiście góry i wyżyny, ale TAKIE nazwiska u TAKIEGO reżysera po prostu nie mogły wypaść blado.

 

Na nic jednak zdadzą się umiejętności Ridley’a Scotta i reszty ekipy, gdy scenariusz wygląda jak popelinowa wersja bajdurzenia Ericha von Dänikena. Ktoś tu bardzo chciał stworzyć nowoczesny mit o powstaniu człowieka, ale tajemnice jest mnożyć bardzo łatwo, a tylko nieliczni potrafią na nie odpowiadać w taki sposób by znaczeniowa układanka nie zawaliła się pod ciężarem własnej mitologii. „Zagubieni”, poprzednie dzieło scenarzysty „Prometeusza” – Damona Lindelofa – to idealny przykład takiej papierowej konstrukcji i niestety film Ridelya Scotta, wpada w dokładnie tą samą pułapkę. Bezczelnie tłumaczy i odziera z tajemnicy niemal wszystko, co z taką pieczołowitością zbudowały poprzednie odsłony wchodzące w skład głównego kanonu serii „Obcy”. Przed rozdarciem fabularnych pieczęci nie uchowało się ani tajemnica pochodzenia obcego sprowadzona do serii bezsensownych multigatunkowych krzyżówek, ani fascynująca niedopowiedzeniem postać Space Jockey’a zastygniętego w kosmicznym bezruchu w „Ósmym pasażerze Nostromo”. Zwłaszcza tego ostatniego ciężko jest wybaczyć scenarzystom, który jeden z symboli sagi strywializowali do poziomu podłogowych opowiastek o kosmitach. Takich rzeczy się nie wybacza. Błędy i nielogiczności mnożą się niczym kolonia obcych na LV-426, a dobre sceny zostają zakopane pod ciężarem scenariuszowego niechlujstwa.

W całym tym bałaganie ciągle zaskakująco dobrze radzi sobie Ridley Scott na spółkę z dwojącym i trojącym się, Dariuszem Wolskim. Talent Brytyjczyka do aranżowania pomysłowych scen i tworzenia klimatu pozwala czasem zawiesić krytycyzm na kołku, a zachwycające zdjęcia Wolskiego udowadniają, że w temacie fantastyki naukowej kino wciąż może mieć jeszcze wiele do powiedzenia.  Patrząc na to co się dzieje na ekranie, aż żal serce ściska na myśl o tym, czym mógłby być „Prometeusz” gdyby tylko skrypt wylądował gdzieś w okolicach poziomu warstwy wizualnej. A tak to z ekranu częściej czuć duszący zapach popcornu niż ciężką woń realistycznego widowiska science-fiction.

Cóż, może jednak nie jest to film o poszukiwaniu prawdy – tak jakby chcieli tego jego twórcy – ale o jej niszczeniu. Wszystko się tutaj chwieje. Poczynając od dziwacznego prologu, zdradzającego już na samym początku niemal wszystkie scenariuszowe twisty, a kończąc na rozczarowaniu bohaterów stających twarzą w twarz ze swoimi Bogami. Koniec końców gdyby traktować fabułę „Prometeusza” obowiązująco,  ten z mozołem budowany świat traci coś znacznie więcej niż tylko pozbycie się dreszczu niepewności błądzącego po filmowej taśmie. Nie żebym był  jednak specjalnie zły. Nie jest to w sumie jakieś fatalne dzieło, a poza tym popkultura już dawno przemieliła 30-letni mit Obcego na drobne kawałeczki. „Prometeusza” ogląda się z ciekawością, a często nawet z podziwem dla umiejętności stojącego za całym tym cyrkiem kosmicznego rzemieślnika. To mimo wszystko dość solidne s-f, co jednak nie zmienia tego, że Król wprawdzie powrócił na tron, ale wygląda na to,  że jest całkowicie nagi…

Można słać gromy. Pozwalam.