Zaznacz stronę

Pobieżne spojrzenie na najnowszy film Gusa Van Santa może na wstępie sugerować obecność ciężkostrawnego kiczu na taśmie filmowej. Rozumienie miłości w takim układzie jakim prezentuje sobą „Restless” rzeczywiście jest w stanie przywoływać takie skojarzenia, jednak nie należy tego obrazu rozpatrywać wyłącznie w tym jednym aspekcie. „Restless” to nie tylko opowieść o nieco nietypowym uczuciu łączącym dwójkę równie nietypowych nastolatków, lecz dotykająca rzeczy niezwykle istotnej, choć często przemilczanej. To przede wszystkim próba oswojenia chyba najbardziej niszczycielskiej siły przetaczającej się przez nasz biedny wszechświat. Próba oswojenia Śmierci. To wprawdzie w dalszym ciągu kicz, ale za to jaki fajowy….

Historia – niby klasyk. Chłopak poznaje dziewczynę, spotykają się raz, później kolejny. Z początku tylko się przyjaźnią, ale z czasem rodzi się pomiędzy nimi uczucie. Szkopuł tylko w tym, że dziewczyna o wdzięcznym imieniu Annabel jest chora na raka i wedle lekarskich prognoz, pozostało jej zaledwie trzy miesiące życia. „Mogę Ci pomóc przez to przejść” – deklaruje Enoch, czyli wspomniany wcześniej chłopak. Enoch to dość oryginalny typ, który w wyniku pewnych traumatycznych przeżyć z przeszłości, lubi sobie chadzać na pogrzeby całkowicie obcych ludzi, zaś jego najlepszym przyjacielem jest duch japońskiego kamikaze (mistrz gry w Statki!).

Przewijające się tu i ówdzie w fachowej prasie zarzuty o kiczowatość najnowszego obrazu amerykańskiego reżysera są dla mnie w pełni zrozumiałe , choć niekoniecznie się z nimi zgadzam. Owszem „Restless” jest miejscami zbyt słodki i nieco naiwny w pokazywaniu emocji, ale przecież cały czas oglądamy tak naprawdę dwójkę nastolatków, dodatkowo skrzywdzonych prze los, przeżywających swoje pierwsze miłosne wzloty oraz upadki. Wielką siłą obrazu Van Santa, jest za to zestawienie ze sobą w jednym szeregu goryczy nieuniknionego i słodyczy wzajemnej fascynacji. Poprzez uczucie łączące Annabel i Enocha, próbuje się Nas (tzn. widzów) przyzwyczaić do nieustannego widma rychłej śmierci, krążącej gdzieś wokół bohaterów. Kicz kontrastuje tu z powagą, a obłaskawienie śmierci w „Restless” przypomina łamanie wszelakich zakorzenionych w społeczeństwie smutnych rytuałów. Pierwsze spotkanie obojga bohaterów ma miejsce na pogrzebie kolegi Annabel z oddziału onkologicznego. Spotykają się jeszcze na cmentarzu, szpitalnej kostnicy, a ich najbardziej owocna randka – będąca niejako uwieńczeniem łączącej ich namiętności – odbywa się w trakcie Halloween, które to przecież jest niczym innym jak świeckim świętem wszystkiego co martwe. Annabel, miłośniczka Darwina, wraz z Enochem każdą wspólną chwilę starają się wykorzystać na posłanie ciepłego uśmiechu do tej ponurej kostuchy zbierającej każdego dnia swoje straszne żniwo. Bo przecież tak wiele może się zdarzyć i tak wiele można uczynić przez te trzy długie miesiące.

Dla Enocha (hebrajskie imię znaczące „pełen poświęcenia”) związek ten staje się w miarę upływu czasu coraz trudniejszy i gdy w końcu następuje jego samouświadomienie tego, iż całe dobro jakie zaznał do tej pory niedługo się skończy, budzi się w nim wtedy pełni zrozumiały wewnętrzny opór przed nieuniknioną stratą. Wszystkie anty-ceremoniały mające na celu obśmianie śmierci na nic się zdają, kiedy przychodzi mu stanąć przed tym straszliwym faktem. W końcu puszczają mu nerwy i dopiero Hiroshi, duch pilota kamikaze, uświadomi mu, że ucieczka wcale nie jest najlepszym wyjściem. Ann z kolei radzi sobie z umieraniem najlepiej ze wszystkich otaczających ją osób, tak jakby życie z ciągłym wyrokiem przygotowało ją do tego by cieszyć się każdym małym głupiutkim dniem. „Restless” zdaje się zadawać pytanie czy można kochać kogoś  naznaczonego śmiertelnym piętnem? Owszem. Można. A zresztą czy nie robi tego każdy człowiek? Jedyny szczegół jaki nas różni  to zazwyczaj nieświadomość momentu w jakim to nastąpi.

Reżyser wprawdzie konstruuje swój film z dość prostych środków, ale niecodzienne połączenie tematów na jakie się porywa powoduje, że historia jaką opowiada „Restless” wcale nie jest taka banalna i słodka jak może się z wierzchu wydawać. Van Santowi udaje się uzyskać emocjonalną szczerość przede wszystkim dzięki młodym odtwórcom głównych ról, Mii Wasikowskiej oraz Henry’emu Hooperowi. Grane przez nich postacie, można byłoby bardzo łatwo przeszarżować i zagrać na nieznośnie dramatycznej nucie, ale obojgu znakomicie udaje się tego uniknąć, obdarzając w ten sposób Annabel i Enocha pierwiastkiem wiarygodności. Zwłaszcza Wasikowska jako ta pogodna dziewczyna o chłopięcej posturze i subtelnym uśmiechu jest naprawdę wielka. Nad wszystkim unosi się jeszcze wizualna wrażliwość Van Santa oraz świetny soundtrack (Sufjan Stevens, hell yeah!).

Oj tak. „Restless” daleko do zostania najlepszym filmem tego roku, ale to nie znaczy, że nie jest warty uwagi. Jeżeli ktoś nie jest w stanie znieść bijącej z kinowego ekranu słodyczy to raczej odradzałbym zapoznanie się najnowszym tworem Van Santa. Dla mnie to jedno najsympatyczniejszych zaskoczeń w ostatnim czasie. W kulturze, która generalnie nie przygotowuje człowieka na doświadczenie śmierci „Restless” jawi się jako coś zgoła nietypowego, choć jednak mimo wszystko nieco naiwnego. Ale w momencie gdy nie może nam pomóc ani religia, ani przekonania itp. itd. trzeba znaleźć siłę w samym sobie i w osobach które nas otaczają.

Jak się zakończy ta opowieść? Tak jak powinna się skończyć. A jak inaczej mogłaby?  Podobnie jak w całym filmie, zakończenie miesza zgorzknienie z radością wspólnie przeżytych chwil, a My oglądamy dziwną stypę gdzie goście mogą poczęstować się koktajlem mlecznym, żelkami i całą resztą słodkości. Przekaz jaki płynie z „Restless” jest zatem prosty. Warto żyć i warto kochać aż do samego końca. Choć to czasem cholernie boli.