Zaznacz stronę

„Musisz przestać żyć wspomnieniami. W przeciwnym razie będziesz miał wiele przeszłości, ale żadnej przyszłości” – mówi w pewnym momencie jeden z bohaterów „Sekretu jej oczu”. W tym argentyńskim filmie, przeszłość pełni rolę łańcucha, trzymającego wszystkie postaci na uwięzi. Na szczęście nie jest to jedyny z aspektów filmu, bo „Sekret jej oczu” nie jest klasycznym dziełem z tezą, w którym fabuła służy wyłącznie udowodnieniu tejże. Twórcy skupili się przede wszystkim na opowiedzianej historii, dbając o jej płynność i czyniąc ją odpowiednio wciągającą. W rezultacie powstał obraz, w którym wartość analityczna nie jest nadrzędnym celem, ale w prostej linii wynika z scenariuszowego ciągu przyczynowo-skutkowego. To po prostu film w starym dobrym hollywoodzkim stylu.

Benjamin Esposito jest emerytowanym agentem federalnym, który w swoim życiu nie jedno już przeszedł. W obliczu coraz bardziej doskwierającej mu samotności, postanawia napisać książkę o pewnej kryminalnej sprawie z jego przeszłości zawodowej, której to wydarzenia odcisnęły na nim wyjątkowe piętno. Akcja rozciąga się więc na dwie płaszczyzny czasowe. Jedna z nich to właśnie Esposito próbujący ustawić sobie rzeczy, które jak mu się wydawały, ma już za sobą. Druga zaś to wspomniana wcześniej sprawa, a ściślej rzecz mówiąc zbrodnia, w rozwiązanie której został zaangażowany przez swoich przełożonych. Ofiarą jest pewna piękna młoda kobieta, brutalnie zgwałcona, a następnie zamordowana w swoim własnym mieszkaniu. Naszemu bohaterowi przyjdzie zaangażować się w to śledztwo dużo bardziej niż powinien. Trochę ze współczucia do Moralesa, małżonka zamordowanej („[…]To tak jakby śmierć żony zostawiła go tam przykutego na zawsze. Rozumiesz? Pablo, powinieneś zobaczyć jego oczy [….]”), a trochę z innych powodów. Także z powodu skrytego uczucia do swojej przełożonej. Wydarzenia tamtych dni, jeszcze przez długie lata będą żyć w umysłach wszystkich person dramatu.

„Sekret jej oczu” to z jednej strony dobrze rozpisana kryminalna fabuła, a drugiej bardzo emocjonalna rzecz o naprawdę poważnych sprawach, z czysto ludzkiego punktu widzenia. Film co rusz zaskakuje. Zwrotem akcji czy jakąś fenomenalnie rozegraną sceną (patrz. Scena pewnego spotkania w windzie) czy nagłą zmianą konwencji. Śledztwo raz grzęźnie w administracyjnych odmętach a raz nieoczekiwanie posuwa się do przodu. Wspominać będziecie kapitalną scenę pościgu rozegraną na jednym ujęciu; ostatni zwrot akcji czy jakiś dziwny smutek bijący z kadrów. Jeszcze długo po seansie będą wam brzmieć w uszach słowa „ Powiedzcie mu, żeby chociaż ze mną rozmawiał.” Gwarantuje wam.

To film o straconych szansach. O starych fotografiach schowanych w albumie. O niespełnionych nadziejach. O smutku zmarnowanych lat. Liczy się tylko „teraz”, ale to co przeżyliśmy, czuliśmy i myśleliśmy powraca do nas niczym nieoczekiwana fala, sprawiając, że czujemy nic  tylko żal. Żal, że mogło być przecież inaczej. Że moglibyśmy być szczęśliwsi. Wspomnienie zaprzepaszczonych szans obezwładnia bohaterów, nawet pomimo upływu wielu lat. Mimo romansów, miłości, kolejnych smutków i radości. I ciągłe pytanie. Co by było gdyby? I ciągłe poszukiwanie ukojenia. Na różne sposoby. W to wszystko należy dołożyć jeszcze ówczesne tło polityczne w Argentynie, które smakowicie uzupełnia i dodaje wartości obrazowi.

Taki mariaż kryminału i kina obyczajowego na jaki porwał się reżyser Juan José Campanella, udaje się zaskakująco bezboleśnie. Nie czuć, że jedna warstwa odstaje wyraźnie od drugiej. Całość nie dość, że jest spójna, to jeszcze ma styl. Także dzięki temu, że Campanella miał w rękach odpowiednie narzędzia. Pomiędzy aktorami jest na tyle ekranowej chemii, że tam gdzie ma być poważnie, śmiesznie, smutno bądź dramatycznie to tak rzeczywiście jest. Realizacyjnie i artystycznie to wysoka półka. Choć miejscami nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to tylko rzemieślnicza robota. Zabrakło chyba jakiegoś pierwiastka geniuszu i odrobiny szaleństwa. Nie dyskredytuje to jednak filmu. Solidne podstawy w każdym aspekcie, nadają mu bowiem wystarczający świeży i mocny kształt. „Sekret jej oczu” (swoją drogą tytuł został fatalnie przetłumaczony) to  zdobywca Oscara w kategorii „Najlepszy film nieanglojęzyczny” w roku 2010. Zostawił wtedy w tyle tak dobre produkcje jak „Biała Wstążka” czy francuskiego „Proroka”. I niech mnie piorun strzeli, jeśli nie był to triumf w pełni zasłużony! Rzekłem.