Zaznacz stronę

Oj dawno mnie tu nie było. Na całe szczęście powracam. A wraz ze mną powraca nie kto inny jak Bond. James Bond  :) Nigdy nie byłem jakimś specjalnym fanem agenta 007. Szczerze mówiąc dla mnie osobiście znajomość z Jamesem Bondem rozpoczęła się na serio wraz z wejściem cyklu w nową erę, której nieodłącznym symbolem stała się zacięta twarz Daniela Craig’a. Starsze filmy serii pamiętam jak przez mgłę, więc do „Skyfall” podszedłem jako do dalszego ciągu budowania mitologii Bonda XXI wieku. Nie zawiodłem się bo po średnio udanym „Quantum of Solace” szpiegowska epopeja wraca na poziom do jakiego przyzwyczajono nas w doskonałym „Casino Royale”. Ale czegóż innego oczekiwać, kiedy na reżyserskim stołku ląduje taki specjalista jak Sam Mendes?

Skyfall plakat

 Mięsiście jest już od samego początku. Najpierw z głośników uderza znajomy dżingiel. Za chwilę na scenę wchodzi Bond. Z początku jest stylowo i spokojnie, ale już za chwilę pulsometr bije jak oszalały bo rozpoczyna się typowa szpiegowska pogoń za „czymś bardzo ważnym”. Koniec końców, szaleńczy pościg kończy się w momencie gdy Bond zostaje przypadkowo trafiony z karabinu snajperskiego przez jedną z agentek MI6. No to chyba po filmie – mówi ktoś siedzący za mną. Tak. Oficjalnie Bond jest martwy. Nieoficjalnie… no cóż… pogłoski o jego śmierci są mocno przesadzone. Stare filmowe prawidła głoszą jednak, że powrócić z martwych możesz tylko w dwóch przypadkach:

  • jeżeli grasz filmie zawierającym elementy fantastyczne
  • jeżeli masz odpowiednio silną motywację

W tym konkretnym wypadku sprawdza się drugi punkt. Ktoś wysadza w powietrze siedzibę MI6, co jest aż nadto odpowiednim pretekstem do tego by Bond wrócił do czynnej służby. Z piekła nie wraca się jednak łatwo, dlatego zanim dokona się pełna filmowa rezurekcja naszego bohatera zdąży upłynąć dobrych kilkadziesiąt minut. Po czym James Bond ponownie zaczyna udowadniać, iż licencji na zabijanie nie dostaje się za piękne oczy.

Znowu słychać charakterystyczny dżingiel. Co oznacza? Pamiętacie jak w Casino Royale odcinano się od zagrywek znanych z poprzednich części cyklu? Rozpisano wtedy Bonda na nowo . „Skyfall”  nie zrywa z tym co wtedy zapoczątkowano, ale mruga także w stronę klasyki. I robi to bardzo wyraźnie, choć może czasem niekonsekwentnie. Zostawiam to jednak bo to zdecydowanie nie moja broszka. Ponownie słyszę dżingiel. Na razie przynosi same dobre rzeczy. Fabuła świetnie się rozkręca, zwroty akcji są logiczne, a motywacje klarowne. Cieszy jeszcze pogłębiona charakterystyka postaci, nieziemski Daniel Craig czy znakomity przeciwnik o twarzy Javiera Bardema, który jakoś wcale nie chce niszczyć całego świata. Zamiast tego scenarzyści proponują nieco bardziej osobiste podejście. Wszystko jest na swoim miejscu. No, prawie wszystko,  bo tu i ówdzie pojawiają się nielogiczności, przegięte motywy czy źle rozpisane sceny. Znajdą się błędy, na czele z główną pomyłką jaką jest wygląd nowego Q. Dżingiel jakby nieco przycichł.

skyfall-james-bond-daniel-craig-szangchaj

Za chwilę wszystko jest już w porządku, a ktoś podkręca podkręca głośność niemal na maksimum. Dżingiel huczy jak oszalały.  Matko, ale ten film jest piękny. Boję się zamknąć oczy, żeby nie stracić choć jednego kadru. Szanghaj wygląda jakby ktoś znalazł zagubione sceny z „Łowcy Androidów”, Makau iskrzy się tysiącem świateł, a Londyn już dawno nie wyglądał tak zjawiskowo. Jednak najlepsze sceny zostawiamy sobie na finał. Jedziemy bowiem do Szkocji. Klimat przeskakuje na wyższy poziom, a ja już niemal płaczę. Najpierw nad urokiem surowych, szkockich krajobrazów. Później nad strzelaniną rozgrywającą się pod zachmurzonym niebem, aż w końcu filmową magią, powstającą gdy nocne zdjęcia zamieniają się w obrazy malowane przez płonący w tle ogień. Roger Deakins tym filmem potwierdza status operatorskiego boga i jestem prawie przekonany, iż w tym roku nikt nawet nie dorówna do jego poziomu. Tylko za robotę jaką wykonał przy „Skyfall” już powinien dostać tytuł szlachecki, a przecież to nie jedyna doskonała pozycja w jego dorobku. Do tego wszystkiego dodajcie jeszcze wyśmienitą muzykę, która świetnie miesza klasyczne motywy z nowszymi aranżacjami.

 skyfall james bond szkocja

Pewnie zdążyliście już zauważyć, że o „Skyfall” mam jak najlepsze zdanie. Do tej pory najlepszym Bondem w moim rankingu było „Casino Royale”, ale dzieło Sam Mendesa jest równie dobre. Amerykański reżyser kapitalnie wywiązał się z powierzonego mu zadania. Legenda trwa nadal, chociaż już w nowocześniejszych ciuszkach. James Bond się uśmiecha bo przed nim kolejne zadanie. Ale, ale… wchodzą napisy końcowe. Zapalają się światła. Koniec filmu. Dziwne, ale ten cholerny dżingiel nie cichnie nawet na moment…