Zaznacz stronę

„Szpieg” to film dla ludzi dorosłych. Przekaz niby krótki i zrozumiały, ale trzeba by go jeszcze rozwinąć.Otóż, nie mam tu wcale na myśli ani nadmiaru przemocy, ani szczególnej nieobyczajowości (choć i jedno i drugie jest obecne), ani czegokolwiek innego w tym stylu. Nie. Wyjątkowość „Szpiega” oparta jest na byciu na przekór trendom obecnym w dzisiejszym kinie  szpiegowskim. Nieefektowny, powolny, precyzyjny, świadomie nudny. Już samo to ustawia ten film w gronie pozycji którym warto by się bliżej przyjrzeć. Cała reszta zaś sprawia, że „Szpieg” z łatwością dołącza do grona najlepszych tegorocznych filmów. Nie pozostaje mi więc teraz nic innego jak wytłumaczyć się z tego co przed chwilą z bólem serca wyskrobałem.

Z opisywaniem fabuły „Szpiega” jest jak z otwieraniem prezentów jeszcze przed zakończeniem wigilijnej kolacji. Owszem można, ale pytanie po co psuć sobie zabawę? Dlatego zrobię to jak najoszczędniej się da. Akcja „Szpiega” rozgrywa się w latach 70-tych XX wieku, a więc w czasach gdy zimna wojna pomiędzy Wschodem a Zachodem trwała na całego. Głównym motorem napędowym filmu Alfredsona jest  domniemywana obecność „kreta” dostarczającego cennych informacji rosyjskim służbom wywiadowczym. „Kret” zagnieździł się nie byle gdzie, bo w ścisłym kierownictwie słynnej brytyjskiej komórki wywiadowczej MI6, w filmie określanej jako „CYRK”. Odpowiedzialnością za wytropienie zdrajcy obarczony zostaje George Smiley, emerytowany pracownik organizacji i była prawa ręka najwyższego urzędnika MI6. Rozpoczyna się nietypowa gra w trakcie której Ci którzy  do niedawna  dbali o bezpieczeństwo brytyjskiego imperium, sami znajdą się pod ścisła obserwacją po to by wspomniane bezpieczeństwo zachować. Tyle na temat scenariusza.

Obraz Alfredsona jest adaptacją powieści Johna Le Carre’a pod tytułem „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” z roku 1974r. Przyznam się szczerze, że specjalnym fanem Le Carre’a nie jestem, ale jedno trzeba mu przyznać. Jego powieści uciekają od typowo bondowskiego wyobrażenia szpiega, stawiając na dużą dawkę realizmu a co za tym idzie lepiej oddają specyfikę tego zawodu.  „Szpieg” dziedziczy wszystkie walory prozy brytyjskiego pisarza. Środowisko w którym obracają się bohaterowie, to przede wszystkim miejsce dla starych, zmęczonych i samotnych ludzi, którzy poświęcili swoje życie dla potrzeb dużo ważniejszych niż swoje własne. Ich praca to grzebanie w stertach papierzysk, niekończące się rozmowy, nieustanne podróże i tysiące godzin spędzonych na czekaniu. Nie uświadczysz drogi widzu żadnego pościgu, żadnej emocjonującej wymiany ognia, żadnej rozbudowanej sekwencji akcji. Nieefektowność jest bowiem wpisana w tą profesję. Ostateczne rozstrzygnięcia rozgrywają się dosłownie w ułamku chwili, poprzedzone jednak długimi chwilami ciężkiej wywiadowczej pracy. W tej rzeczywistości nie ma miejsca dla superszpiegów pokroju Jamesa Bonda czy Ethana Hunta. I bardzo dobrze. Panowie niech zostaną w domach i pozwolą prawdziwym mężczyznom spokojnie pracować.

„Szpieg” to przy tym wyjątkowo męski film i prawie wyłącznie samcza gierka. Kobiety jako postacie praktycznie nie istnieją, zredukowane zostając do roli obiektów w których można ulokować uczucia, tudzież słabych punktów w precyzyjnej wywiadowczej układance. Ale odłóżmy na bok damsko-męskie rozważania. W świecie w którym podejrzenie goni podejrzenie, emocje z założenia muszą zostać powściągnięte. Taki też jest to obraz. Z wierzchu wyjątkowo oszczędny i chłodny w czym duża zasługa szwedzkiego reżysera, który świadomie konstruuje świat z mało ciekawych klocków, rezygnuje z efektowności, często ukrywając te wydawałoby się najciekawsze wydarzenia z pracy szpiega gdzieś poza kadrem, poza świadomością oglądającego. Wewnątrz emocje jednak płoną żywym ogniem, bo sprawa której przedmiotem są międzynarodowe układy i zachowanie światowego układu sił w stanie chwiejnej równowagi, zahacza o wszystkie sfery życia tajnych agentów.  „Szpieg” angażuje bo reżyser zmusza nas byśmy przesiąknęli bezlitosną rzeczywistością złożoną z ciągłej nieufności i umysłowych układanek, gdzie każda potencjalna słabość będzie brutalnie wykorzystana

Dzieło Alfredsona przypomina filmy z lat 70-80-tych. Nakręcone w starym stylu, eleganckie i nieśpieszne tempo z dużą dozą ekranowego realizmu. Pomimo braku widocznej efektowności, nie można powiedzieć o „Szpiegu” że jest brzydki. Wręcz przeciwnie. W ciągu 127 minut projekcji, twórcy poupychali masę naprawdę fantastycznych kadrów. Czasem rozmyślnie ziarnistych, czasem wypielęgnowanie czystych, jednak prawie zawsze pięknych. Gra światłocieniem, kompozycja i dynamika poszczególnych scen itp. , itd. Każde ujęcie jest doskonale obmyślone i ze stoickim spokojem wykonane. Nawet jakbym chciał to nie mam się do czego pod tym względem przyczepić. Szpiegowskie puzzle nie byłby jednak pełne gdyby nie znakomita plejada aktorów występujących w tym obrazie. Gary Oldman, Colin Firth, John Hurt, Toby Jones, Mark Strong, Tom Hardy. Dzięki nim ta charakterologiczna partia szachów nabiera kolorytu. Najbardziej cieszy powrót Gary’ego Oldmana który po serii niezbyt udanych produkcji powraca tam gdzie jego miejsce, czyli w poczet aktorów topowych. W Hollywood mówi się nawet o potencjalnym Oskarze i choć uważam, że nagrodzenie jego roli „Złotym Rycerzykiem” byłoby jednak przesadą, to nominacja za rolę zmęczonego i powściągliwego szpiega w służbie Jej Królewskiej Mości, jak najbardziej się należy.

Oczywiście parę potknięć należy reżyserowi wytknąć. Obiektywnie trzeba stwierdzić iż trochę za szybko zaczynamy się domyślać kto może być tym nieszczęsnym zdrajcą i tu też przechodzimy do jednej bardzo ważnej kwestii.  Film mógłby być spokojnie o kilkadziesiąt minut dłuższy i wcale by  to mu nie zaszkodziło. Niedowaga tych kilkudziesięciu minut sprawia, że w drugie połowie „Szpieg” ma wręcz tendencję do wyraźniej gonitwy za jak najszybszym wyjaśnieniem zagadki. Na szczęście nie przekracza narzuconych przez siebie granic przyzwoitości.   Nie jestem też przekonany czy taki emocjonalnie zimny, stoicki  klimat jakim operuje „Szpieg, przekona każdego do doceniania tego obrazu. Ale to już osobista kwestia.  Największy problem jednak jaki mam z tym filmem to trochę dziwne ironiczne zakończenie, które jakoś nie pasowało mi kontekście odbioru całości. Czy Alfredson chce powiedzieć, że to była tylko kolejna (jedna z wielu) gierka? Czy mentalna rozgrywka była tak naprawdę celem samym w sobie, a cała reszta stała się niejako przy okazji? Jedna z nich się właśnie skończyła, ale przecież wkrótce zacznie się następna. I kolejna.  Przypomina to nieco sytuację która miała miejsce w „Trzech Dniach Kondora” Sidneya Pollacka gdzie służby wywiadowcze rozpoczynały i kontynuowały  swoje małe zabawy bez świadomości konsekwencji jakie przynoszą one dla szarego obywatela. Bo przecież tylko gra się liczy i własny prywatny interes.  Sam nie wiem czy o to rzeczywiście chodziło Szwedowi. Z całą pewnością potrzebny będzie drugi seans bo reżyser poupychał swój film taką ilością szczególików, że niemożliwe jest wyłapanie ich wszystkich za pierwszym razem.

Nie zmienia to faktu, że” Szpieg” tak czy siak pozostaje jednym z jaśniejszych punktów wyjątkowo ciekawego roku 2011. To naprawdę autentyczne, mocne i kapitalnie przygotowane w każdym aspekcie kino. Pojedynek osobowości na najwyższym poziomie. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, iż Mikołaj przychodzi dopiero za dziewięć dni  a  już teraz wiem, że co jak co, ale lepszego prezentu niż film Alfredsona już nie dostanę. Jakoś mi to specjalnie nie przeszkadza.