Zaznacz stronę

Wiecie co znaczy „Hidden Gem”? W dosłownym tłumaczeniu znaczy to mniej więcej tyle co „ukryty skarb”.  W odniesieniu do świata sztuki  można tym mianem określić  rzeczy,   które mimo iż są doskonałe w swojej kategorii to z niewiadomych przyczyn pozostają ukryte dla osób które nie szukają wystarczająco uważnie. Pozycje tego typu egzystują gdzieś na granicy zapomnienia i rzadko kiedy przebijają się do świadomości masowego odbiorcy. W tamtym roku, dokonał tego świetny „The Hurt Locker”. „Szukając Erica” premierę miał w tym samy 2009 roku  i mimo m. in. pozytywnego przyjęcia na festiwalu w Cannes, nie zdobył do tego czasu takiego ogólnoświatowego rozgłosu jak film Kathryn Bigelow. Nie zdobył wcześniej i raczej też nie zrobi tego w przyszłości. Co jednak nie przeszkadza mu w byciu bardzo dobrym filmem. Ale po kolei.

Historia zaczyna się raczej mało oryginalnie. Oto nasz bohater – Eric Bishop. Zwyczajny facet, któremu zdążyło się już trochę popierzyć w życiu i na domiar złego wcale nie wygląda na to żeby w końcu zaczęła mu sprzyjać dobra karta. Wypadek drogowy, problemy w pracy, a jego dzieci nie dość że mają go generalnie w głębokim poważaniu to jeszcze wplątują się w jakieś podejrzane sprawy. Na dodatek Erica zupełnie paraliżuje świadomość, że będzie zmuszony ponownie widywać swoją dawną miłość, w stosunku do której ciągle nie może się pozbyć wyrzutów sumienia. Wciąż wprawdzie ma przy sobie swoich dobrych kumpli, próbujących podtrzymać go na duchu, ale by ugasić ten pożar trzeba czegoś więcej. Znacznie więcej. Jednak ku zaskoczeniu widzów, jak i samego Erica, pomocną dłoń wyciąga ku niemu ktoś zupełnie niespodziewany.

Tym kimś jest Eric Cantona. Legenda Manchesteru United z lat 90-tych, postać barwna i cytując naszego bohatera „najlepszy piłkarz świata”. Eric, jako zagorzały kibic piłkarskiego klubu z Manchesteru, ma do Cantony stosunek wręcz nabożny. Nic dziwnego więc, że w chwili kryzysu,   zamroczony alkoholem, zwraca się wprost do plakatu swojego idola, by wykrzyczeć pretensje do całego świata. I wszystko wyglądałoby całkiem normalnie gdyby nie to, iż dokładnie parę chwil później Eric Cantona materializuje się za jego plecami! Od tego momentu będzie on służył naszemu Ericowi radą i pomagał jakoś wygrzebać się z kłopotów. Spotkania i rozmowy dwójki Ericów to zdecydowanie najlepsze momenty tego brytyjskiego film. Wtedy to z „Szukając Erica” bije taka energia i ciepło jakich zupełnie  się nie spodziewałem. Duża w tym zasługa samego Cantony,  który emanuje niesamowitą charyzmą, i momentalnie nie pozwala oderwać wzroku od swojej postaci. Nawet nie musi się specjalnie starać. Jest po prostu  sobą.  Wystarczy spojrzeć w jego pełną spokoju twarz i wsłuchać się w co mówi. Ale jak on to mówi i co on mówi, kurde! Niby proste banalne prawdy, życiowe mądrości podane w postaci kolejnego kiczowatego  przysłowia, ale urastają do rangi panaceum na wszelakie życiowe zakręty.  „You must say no”, “The noblest vengeance is to forgive” czy takie momenty jak ten :

http://www.youtube.com/watch?v=H_uzU85htH4

[youtube=http://www.youtube.com/watch#!v=LdTsKIX6oBw&feature=related]

[Bishop]All right. Sweetest moment ever?

[CANTONA] It wasn’t a goal.

[Bishop] It’s gotta be a goal, Eric.

[Cantona] No.

[Bishop]  Come on. Last minute. FA Cup Final against Liverpool. Beckham takes a corner. The goalie runs out. He punches it away. It hits your chest. Hits the floor on its way up. Bang, you just whack it right in the net.

[Cantona] No.

[Bishop] Wimbledon. It’s gotta be Wimbledon. You’re going towards the ball. The ball’s coming in. You’re sussing out the trajectory of it, the angle of it. The spin on it. The way the wind’s blowing. The speed of the wind. Everything. You stick your right foot out. You stop it in mid-flight. It bounces up about a foot off your leg. You come back, you whack it in.The most perfect volley in the world. In it goes. It’s a goal. It’s gotta be a goal, Eric.

[Cantona] It was a pass.

[Cantona]Yeah.

[Bishop] My God. To Irwin against Spurs. Yes! Beautiful.

[Cantona]I know how clever he was. Left, right-footed. Came in a flash. I just flicked it with the outside of my boot. Surprised everyone. He took it in his stride and my heart soared.

[Bishop] A gift.

[Cantona]Yeah, like an offering to the Great God of Football.

[Bishop] What if he’d have missed?

[Cantona]You have to trust your teammates. Always. If not, we are lost.

[Bishop] It must have been tough on you when you got banned. Nine months? The bastards. That twat got what he deserved.

[Cantona]I had to work hard, you know? Dig deep inside. I needed something to fill me up when I was on my own. Something to aim for, you know?

[Bishop] It’s funny, innit? Sometimes we forget that you’re just a man.

[Cantona] I’m not a man. I am Cantona.

“I am Cantona.” I jak tu nie pokochać tego gościa?  Zwróćcie też uwagę na napisy końcowe, a dowiecie się co ten słynny piłkarz odpowiedział dziennikarzom, po tym jak uderzył jednego z obrażających go  kibiców drużyny Crystal Palace. Mały majstersztyk.

Tak, zdecydowanie „Szukając Erica” posiada ten typ pozytywnej energii, którą często trudno jest uchwycić na ekranie.    Nie chcę jednak by ktoś pomyślał że ma do czynienia czymś co nijak ma się do rzeczywistości . Oczywiście można się bardzo łatwo domyślić iż kłopoty Erica znajdą w końcu swoje szczęśliwe zakończenie, ale jednocześnie czuć, że to co widzimy na ekranie jest w dużym stopniu prawdziwe. Można uwierzyć w autentyczność przeżyć głównego bohatera, bez poczucia  że ktoś tu nam wciska bajki. Znajdzie się oczywiście i miejsce na wzruszające momenty, jak i takie w których uśmiech sam przykleja się do twarzy.  A już z całą pewnością zapamiętacie sposób w jaki Eric i jego kumple, także kibice Manchesteru United, postanawiają załatwić pewnego gangstera który miał czelność z nimi zadrzeć. Fantastyczna i  bardzo zabawna scena.

Ken Loach to doświadczony reżyser i tym razem rozłożył wszystkie cegiełki perfekcyjnie, właściwie dawkując napięcie i trzymając cały szkielet fabularny w ryzach. Chwała mu też za odpowiednie wykorzystanie Cantony. Obeszło się bez nadmiernej eksploatacji tej postaci, dzięki temu „Szukając Erica” wciąż pozostaje historią Erica Bishopa, a nie staje się nagle historią Erica Cantony. Ken Loach znalazł też odpowiednich wykonawców do odegrania wymyślonych w scenariuszu bohaterów. Na temat Cantony już się wypowiedziałem.  Steve Evets jako Eric jest świetny, podobnie jak faceci odgrywający rolę jego przyjaciół, zaś pozostała część obsady wypada co najmniej solidnie. Czy więc, udało się stworzyć film bez wad? Niestety jak wiadomo ideały nie istnieją, więc i w tym przypadku  można się dopatrzeć paru usterek. Oprócz wspomnianej wcześniej  delikatnej przewidywalności, dodałbym jeszcze  nieśpiesznie rozwijającą się historię i kilka dłużyzn, które  mogą zniechęcić mniej odpornych widzów. Więcej zastrzeżeń, w zasadzie nie mam.

Czym zatem  jest „Szukając Erica”?  W gruncie rzeczy to proste kino obyczajowe, wprawdzie nie do końca typowe, ale mimo wszystko na tyle klasyczne w formie, że nie wybija się przed szereg. Nie wstrząśnie nikim, nie odkrywa żadnych szokujących prawd, nie dokona redefinicji gatunku, ale mimo wszystko potrafi wybronić się na swój specyficzny sposób. Przypomina znajomą piosenkę, którą ktoś postanowił odegrać po raz kolejny, dodając jednak coś nowego od siebie. Dzięki czemu trochę już wyświechtany temat, ponownie staje się przyjemny. Niekoniecznie wszystkich zachwyci, ale przynajmniej pozwoli uśmiechnąć się nieco szerzej. A tu już coś czego nie w sposób nie docenić.