Zaznacz stronę

Powiedzmy to sobie szczerze. Mijająca właśnie dekada 2000-2009 nie rozpieszczała  widzów, w wybitne filmy sensacyjne. Dlatego też z  „Amerykaninem” wiązałem spore nadzieje, zwłaszcza że wszystko wskazywało na (ubóstwiane przeze mnie)  klasyczne podejście do gatunku. Jakość produktu mieli zagwarantować dwaj panowie, czyli Anton Corbijn, młody i co ważniejsze zdolny reżyser oraz George Clooney, który ostatnimi czasy ma wyjątkowo szczęśliwą rękę do wszystkiego czego się dotknie. Clooney tym razem wciela się w rolę płatnego zabójcy, któremu przyszło stanąć na zawodowym rozdrożu. Człowieka tracącego powoli wyczucie sytuacji i emocjonalną powściągliwość niezbędną w tego typu pracy. Jest ścigany przez bliżej nieznanych mu napastników, przez co zostaje zmuszony do ukrycia się w niewielkiej mieścinie gdzieś na terenie  Włoch. Tak mniej więcej przedstawia się zarys  tła fabularnego. Pozostaje zatem pytanie czy  wspomniany wcześniej duet sprostał oczekiwaniom? Odpowiedź jest z całą pewnością twierdząca, choć powstał film specyficzny i nie do końca zgodny z tym czego oczekiwałem po tym projekcie.

Początek filmu to istny cios w szczękę. Mocny i dosadny, znakomicie zawiązujący tło opowieści. Po nim następuje niezwykle klimatyczna czołówka, chyba najlepsza jaką widziałem w 2010 roku. W końcu dochodzimy do właściwej części scenariusza i… musimy uzbroić się w cierpliwość.  „Amerykanin” zdecydowanie nie jest filmem, buzującym od nieustannej akcji. Rytm filmu , swoisty flow, jest całkowicie skupiony i  podporządkowany postaci tytułowego Amerykanina, to on jest bowiem tutaj najważniejszą personą. Nie ma sekwencji której mogłoby go zabraknąć, stąd Clooney musiał wziąć na swoje barki cały dramaturgiczny ciężar  i trzeba przyznać, że ze swojej roli wywiązał się wprost znakomicie. Jego bohater nie należy do ludzi nadmiernie wylewnych, nie prowadzi długich dyskusji, przez cały czas jest skupiony i czujny, wydaje się wręcz że popada w paranoję. Stąd pełno jest scen w których postać Amerykanina rozgląda się podejrzliwie lub zwyczajnie idzie przez miasto, bądź po prostu obserwuje sytuację. Naprawdę,  można  dać się zahipnotyzować. Taki a nie inny bohater wymusza aktorstwo opierające się na grze mimiką, spojrzeniami i gestami.  Clooney wywiązuje się z tego zadania , powtórzę to jeszcze raz, wręcz wzorowo. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się czegoś takiego po tym aktorze, który z każdym kolejnym filmem zaczyna mnie zaskakiwać coraz bardziej.

„Amerykanin” to także raj dla miłośników klasycznej formy.  Warsztatowy ascetyzm , spokojne statyczne ujęcia, scenariusz praktycznie wyprany z jakiegokolwiek humoru. Przebijają tu echa twórczości Jeana Pierre Melvilla. Ktoś nawet nazwał ten film „Samurajem XXI wieku” –  o dziwo, jest w tym sporo racji. Jest tu też trochę z klimatów spaghetti westernów Sergio Leone (plus bardzo fajny smaczek dla fanów). Podobać się z całą pewnością  mogą  piękne zdjęcia, skupione wprawdzie głównie na postaciach, ale kamera czasem odrywa się od powierzchni ziemi i przedstawia akcję w cudnych dalekich planach. Robi jeszcze coś. Kreuje miasto na równoprawnego bohatera tej historii. Poskręcane, ciasne uliczki, masa schodów i brukowanych alejek, wertykalny układ, świetnie nadają charakter temu miejscu.  Przypomina się sytuacja z świetnym „In Bruges”, gdzie Brugia również odgrywała  swoją rolę w tworzeniu specyficznej atmosfery filmu.  Muzyka podobnie jak reszta elementów stosowana jest oszczędnie, pojawiając się tylko w newralgicznych punktach, podkreślając dramatyzm sytuacji w jakiej przychodzi znaleźć się Amerykaninowi. Ale kiedy w końcu się pojawia to brzmi naprawdę świetnie.

A o czym w końcu jest ten film? Wbrew pozorom nie jest to historia tylko o zimnokrwistym zabójcy i jego kłopotach, o strzelaninach, zdradach i pościgach. Sensacyjna intryga ma tutaj  drugorzędne znaczenie, jest jakby gdzieś na dalszym planie. Tu chodzi o nastrój i klimat opowieści. To także  historia człowieka, zmierzającego drogą bez powrotu. Nie znaczy to, bynajmniej że scenariusz nie potrafi zaskoczyć niczym szczególnym.  Jeśli o to chodzi to jest po prostu dobrze, tzn.  znajdzie się parę niespodzianek nad którymi można nieźle pogłówkować. Jednak  co mnie właśnie najbardziej zaskoczyło to właśnie to, że  „Amerykanin” skupia się  bardziej na ludzkim aspekcie. Bohater zagrzebany jest głęboko w swojej przyszłości, a jednocześnie coś mu podpowiada, że mimo wszystkiego mógłby żyć inaczej. Skutkiem tego jest poważny konflikt pomiędzy specyfiką jego pracy a zwyczajnymi ludzkimi odruchami. Jest przeraźliwie samotny – obcy w obcym kraju. Ciągnie go w kierunku drugiego człowieka, a wie że im bardziej się otwiera, tym bardziej bezbronny się staje. Ścigany i uwikłany w relacje, które nie powinny mu się nigdy zdarzyć, zdaje sobie sprawę, że kolejne nierozważne kroki nie doprowadzą do niczego dobrego.

Daleki jednak jestem od twierdzenia  że „Amerykanin to wielki film, że zasługuje na wszelakie zaszczyty i nagrody. W paru miejscach się wykłada, czasem operując  zbyt nachalną symboliką i zwłaszcza w końcowych scenach niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu. Wydaje się również, że scenariusz można byłoby lepiej poprowadzić.   Jednak tkwi w tym dziele jakaś dziwna siła, która sprawie, że choć zaraz po seansie nie byłem skłonny piać z zachwytu, tak z każdą kolejną godziną obraz ten coraz bardziej zyskuje w moich oczach.  Jedno mogę powiedzieć  na pewno. „Amerykanin” przekonał mnie  że co jak co ale trzeba zdecydowanie baczniej przyglądać się artystycznej drodze Antona Corbijna. Będą z niego ludzie.