Zaznacz stronę

Apokalipsa to wdzięczny temat na każdą okazję. Do śniadania, na randkę, a nawet na kolejny film. Z tego samego założenia wyszedł reżyser Xavier Gens, który po obscenicznych wyskokach pokroju „Frontier(s)”(Uwaga! Nie dotykać!) i niedorobionym „Hitmanie”, postanowił zmierzyć się teraz z nieco bardziej klasycznym tematem. O dziwo, wychodzi mu to zaskakująco dobrze, ale tylko przez mniej więcej…. 60 minut. Później niestety „The Divide” zmienia się w festiwal mało wiarygodnych obrzydliwości, z których płynie jasne przesłanie, że co jak co, ale z każdego człowieka wyjdzie w końcu tzw. „świnia”. Może niezbyt to odkrywcza myśl, ale za to jak ładnie pokazana!  Choć ładnie w tym przypadku nie jest chyba najlepszym określeniem.

Zacznijmy od początku. Reżyser najpierw traktuje swoich bohaterów nuklearnym holocaustem, po ty by w perfidny zamknąć ich w piwnicach apartamentowca, który dość szczęśliwie ukazuje się być całkiem nieźle zabezpieczonym bunkrem. Właścicielem i mieszkańcem owego przybytku jest Mickey – były strażak i facet o raczej szorstkim usposobieniu. Nie dziwi więc jego irytacja, gdy do jego specjalnie przygotowanego na taką okazję schronienia wpada grupka przypadkowych mieszkańców. Dalszy ciąg łatwo przewidzieć. Nieustanna izolacja od świata wewnętrznego, strach, niedobór jedzenia i pozostałych środków powoduje stopniowe narastanie konfliktów pomiędzy ocalonymi. Na domiar złego…  może na razie wystarczy, bo „The Divide” oferuje jeszcze w międzyczasie kilka zaskoczeń. Tak czy siak, cała ekipa zostaje ostatecznie uwięziona w bunkrze.

Science-fiction cenią sobie przede wszystkim za stawianie człowieka obliczu sytuacji i wyborów, których zaistnienie jest praktycznie niemożliwe w tak zwanym prawdziwym życiu. W rękach zdolnego i świadomego autora może być przyczynkiem do śmiałych refleksji na temat ogólnoludzkiej kondycji moralnej. I właśnie, choć „The Divide” gładko wchodzi w ramy s-f to konwencja wcale nie zwalnia Gensa z nieco dokładniejszego zadbania o rys psychologiczny postaci. Wręcz przeciwne! Przyjęte założenie fabularne niemal to wymusza. Zamiast tego Gens bardziej zainteresowany jest prowadzeniem festiwalu obrzydliwości w sosie mało ambitnych dialogów i jednowymiarowych charakterów niż zadbaniem o wiarygodność swoich bohaterów. Tu wszystko jest wyjątkowo proste. Początkowe wrażenie, pozostaje słusznym niemal do samego końca 120 minutowego seansu. Mięczak pozostanie mięczakiem, a niezbyt lotny osiłek nie zmieni się w jojczącego na wszystko mazgaja. Klisze, schematy i wymuszone sytuacje, sprawiają , że „The Divide” zbyt często ociera się o tandetę niż o sensowny portret ludzkiego zezwierzęcenia.

 

Całe szczęście film, aktorsko trzyma się bardzo mocno. Prym wiedzie tutaj kapitalnie eighteenowo-oldskulowy Michael Biehn, który ze swoim nieodłącznym cygarem w ustach i łamiącym płyty podłogowe twardzielskim spojrzeniem, najszybciej ze wszystkich zjednuje sobie sympatię widzów. Nie ustępuje mu wcale znany do tej pory z filmów nie najwyższych lotów, Milo Ventimiglia oraz Lauren German w roli nieco zagubionej w tym wszystkim Evy. Zresztą obraz Gensa to całościowo naprawdę bardzo dobra realizacyjna robota. Począwszy od muzyki, skończywszy na kadrowaniu i pracy kamery. Brawo. Dzięki temu w miejscach gdzie „The Divide” nie domaga treściowo, potrafi nadrobić emocjonalnym kopem w tyłek. Oj tak. Parę scen może się śnić po nocach, gwarantuję.

 

Cóż, „The Divide” to po prostu porządny obraz, w którym jednak zbyt wiele zgrzyta by piać nad nim z zachwytu. Mimo to, mam takie nieodparte wrażenie, że za kilkanaście/kilkadziesiąt lat film Xavier Gensa, znajdzie się w tej samej kategorii co zapomniana klasyka mrocznego s-f pokroju „Split Second” z Rutgerem Haurem, „Moon” 44 w reżyserii Emmericha , „Saturn 3” i całej reszty kultowych już produkcji, które gdzieś tam kiedyś, ktoś znalazł na mocno zakurzonej półce w jeszcze bardziej zakurzonym opakowaniu. Produkcji pod wpływem których, podły sentyment karze nam ciężko westchnąć i wyszeptać nieśmiertelne – „Ech, takich rzeczy już się nie robi…”. Czy „The Divide”  zasłużył sobie na takie miano czy nie, musicie ocenić już sami.