Zaznacz stronę

Na początek zróbmy mały test. Oglądnijcie poniższe wideo i jeżeli będziecie później w stanie spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie z całą odpowiedzialnością, że podobało się Wam to co przed chwilą zobaczyliście to możecie przejść do dalszej części tekstu. W innym razie darujcie sobie lekturę kolejnych akapitów, a w konsekwencji ewentualną randkę z „The Future”. Trzeba sobie oszczędzać niepotrzebnych stresów, prawda?

THE FUTURE

Teraz część dla tych którzy mimo wszystko poczuli się zaintrygowani powyższym materiałem. Dla mnie osobiście, zakończenie seansu z  „The Future” sprawiło iż  moja skromna osoba znalazła się w nielada tarapatach. Dlaczego? Bo co mądrego można napisać o filmie w którym występują kolejno:

– kot przeżywający egzystencjalne niepokoje

– zatrzymywanie czasu

– gadający księżyc

– kilkuletnia dziewczynka zakopująca się po samą szyję we własnym ogrodzie

– żyjący t-shirt

Dziwne?  To na pewno. Oryginalne? Nie da się ukryć. Ciekawe? To zależy. Chyba największym przekleństwem  „The Future” jest operowanie poetyką z pogranicza pretensjonalności i ludzkiej wytrzymałości na dziwactwa. To znaczy, że albo oglądającemu uda się załapać intencje reżyserki albo stwierdzi, że właśnie udało się koncertowo zmarnować około 90 minut na czyjeś pseudoambitne wynurzenia.

W każdym razie, wypadałoby jednak wspomnieć o czym właściwie traktuje „The Future”. Oś fabuły stanowi historia pewnej, nieco hipsterskiej, pary młodych ludzi. Jason i Sophie, bo takie są ich imiona, podejmują niezwykle ważną i brzemienną w skutkach decyzję o uczynieniu ich wspólnego mieszkania domem dla kota. Dowiadujemy się tego zresztą od samego zwierzaka, bowiem kotek prowadzi własną, nieco niezależna narrację w stosunku do kolei losu jakie czekają naszą uroczą parkę. Pojawienie się w ich życiu, dotąd uporządkowanym i skupionym na zaspokajaniu własnych potrzeb, innej istoty o którą będzie trzeba zadbać wzbudza w tej dwójce uzasadniony (czy aby na pewno?) niepokój. Jest to dla  nich swego rodzaju próba, bo biedny zwierzaczek ma skrócony termin użyteczności i według lekarki przeżyje jeszcze około 6 miesięcy. Nie ma więc strachu przed dłuższym zobowiązaniem. W dniu w którym mają go odebrać, okazuje się jednak, że będą oni musieli wytrzymać jeszcze kolejny miesiąc. Oczekiwanie i świadomość nadchodzącej zmiany stymuluje potrzebę przemiany także innych aspektów własnego życia. Jason rzuca pracę, co pociąga za sobą taką samą reakcję Sophii. Od teraz nic już nie będzie takie samo.

Ten dość skromny filmik to przede wszystkim (a może mimo wszystko) analiza związku w fazie kryzysu w dobie pokolenia dorosłych dzieciaków, którzy postawieni w sytuacji wymagającej od nich odpowiedzialności wybierają zaprzeczenie i ucieczkę.  Dziwne zdawkowe dialogi odpowiadają aktualnym trendom komunikacji międzyludzkiej. Ironicznego komentarza dostarcza chociażby scena w której bohaterowie dowiadują się, że przez najbliższe kilka godzin będą odcięci od zasobów globalnej sieci, co powoduje u nich panikę i gorączkowe przeszukiwanie Internetu pod kątem jakichkolwiek przydatnych informacji o czymkolwiek. Sporo w tym filmie symboliki, a tym samym sporo zabawy. Oczywiście jeżeli ktoś lubi tego typu łamigłówki. Ot, choćby wspomniane zatrzymywanie czasu, które uosabia lęk przed utratą chwili obecnej, zaś nagłe porzucenie pracy i zaangażowanie się w nowe wyzwania to obraz strachu przed rutyną odwiecznego życia we dwoje.

Tytułowa „przyszłość” to właśnie nadchodząca nieubłaganie zmiana. Zmiana której bodźcem są różne rzeczy, ale jest to przede wszystkim unoszące się nad Jasonem i Sophie widmo nienarodzonego jeszcze dziecka. Wystarczy posłuchać co mówi Pan Kot czy przyjrzeć się uważniej tu i ówdzie by dostrzec jakie metafory próbuje sprzedać nam reżyserka. Czy każdy związek aby zrobić kolejny krok musi najpierw zaliczyć regres? – zdają się również pytać twórcy. Całość kończy się na pierwszy rzut oka dość gorzko, lecz scenariusz daje wyraźne wskazówki, że wszystko będzie się miało ku lepszemu. Jakie wskazówki? Dla tych co widzieli, mała podpowiedź. Pewien staruszek którego odwiedza Jason plus pewna piosenka, której ramy spinają film.

„The Future” to w całości autorski projekt Mirandy July, którą niektórzy mogą skojarzyć (i słusznie)  z filmem „Ty, ja i wszyscy których znamy”. Sama Miranda wcieliła się też w rolę Sophii i trzeba przyznać, że z całej obsady wypada zdecydowanie najlepiej. Grana przez nią postać, mimo czasem irytującej osobliwości i pozornej aseksualności, ma sobie jakiś dziwny magnetyzm.  Tym niemniej rozpatrywanie jej filmu w jakichkolwiek rozsądnych dla normalnego człowieka kategoriach mija się z celem. Dlatego więc nie potrafiłbym uczciwie zakwalifikować tego co zobaczyłem jako czegoś obiektywnie dobrego. Ok, aktorzy zagrali przyzwoicie, film jest ładnie sfotografowany i bardzo dobrze udźwiękowiony (świetny soundtrack!). Cała reszta to już kwestia indywidualnego wyczucia nut w jakie próbuje uderzać reżyserka. Mnie się tam podobało, lecz nie zmienia to faktu, iż byłbym także pierwszym który umieściłby „The Future” w muzeum osobliwości. Chyba po prostu lubię przebywać w towarzystwie rzeczy dziwnych. Poszukiwaczom ekstrawaganckich wrażeń, polecam więc zainteresować się „The Future”,  zaś pozostali niech poprzestaną na oglądnięciu filmiku z pierwszego akapitu. To tyle od mnie.