Zaznacz stronę

Czym wyróżniał się pierwszy „Tron” wśród współczesnych mu filmów? Pewnie nawet osoby które filmu nie oglądały, mogą skojarzyć rewolucyjną wówczas warstwę wizualną i dość karkołomny pomysł związany z wejściem do świata zamieszkanego przez komputerowe twory. Dodać do tego takie słowa klucze jak pojedynki na dyski oraz wyścigi motocyklami świetlnymi i właściwie mamy już pełny obraz tego dzieła. Jakaś fabuła też tam była, ale kto by sobie nią zawracał głowę. Ważne że była lekka i przyjemna tzn. nie przeszkadzała w podziwianiu fajerwerków wizualnych. A że był naiwna? Ale hej! Przecież to była produkcja spod szyldu The Walt Disney Company! Musiała być trochę naiwna! Tymczasem minęło prawie 30 lat i na ekrany kin wchodzi właśnie kontynuacja tego klasycznego już filmu. Po obejrzeniu „Tron: Dziedzictwo” stwierdzam, iż pomimo tylu lat nie zmieniło się znów aż tak wiele.

Ponownie zatem najmocniejszą stroną produkcji sygnowanej szyldem Tron, jest strona wizualna. Pomysł, wykonanie, design świata przedstawionego – wszystkie te elementy są na conajmniej bardzo wysokim poziomie. Przygotujcie się na prawdziwą orgią wizualną i na bezlitosny masaż gałek ocznych. Pewnie ciut przesadzam, ale faktem jest, że film Josepha Kosińskiego zdecydowanie ma się w tej materii czym pochwalić. Ważne oraz dobre jest również to, że „Tron: Dziedzictwo” nie operuje dosłownym i nachalnym efekciarstwem jak to czynią niektóre napompowane efektami specjalnymi dzieła. Posiada swój własny, łatwo wyróżnialny STYL i chyba dlatego wszystkie te ekranowe fajerwerki ogląda się nie tylko z uznaniem, ale i z przyjemnością.  Przy okazji podziwiania „Tron: Dziedzictwo” zmysłem wzroku, wytężcie też słuch bo tym razem godnym partnerem dla obrazu, a kto wie czy nie lepszym, jest muzyka. Mieszanka electro i instrumentalnych brzmień przygotowana przez specjalistów z Daft Punk, zachwyciła mnie momentalnie. Perfekcyjnie współgra z tym co się dzieje na ekranie i znakomicie tworzy nastrój, do tego po prostu świetnie się jej słucha. Oniemiałem, padłem na kolana, zostałem poharatany. Dawno już nie było soundtracka, o którym myślałem zaraz po wyjściu z kina i jeszcze długo po tym. Najlepsza scena? Moment w którym nasz bohater wkracza do cyfrowego świata, pierwsza walka na dyski, pierwszy pojedynek na motorach świetlnych. Robi wrażenie.

W pozostałych zaś kwestiach „Tron: Dziedzictwo” także kontynuuje tradycje poprzednika. Fabuła jest wprawdzie ciut bardziej mroczna i dramatyczna, ale w dalszym ciągu nie zachwyca. Dalej jest nieco naiwna i nieco mdła. Obarczona dodatkowo grzechami typowymi dla współczesnego wysokobudżetowego kina dla masowego odbiorcy. Rozumiem przez to brak większych emocji i zaniedbany rozwój postaci, z którymi dość ciężko było się zżyć takiemu widzowi jak ja. Końcowe minuty delikatnie nadrabiają pod tym względem, ale to i tak jest zdecydowanie za mało. Do wad zaliczyłbym też trochę wymuszone a przez to przewidywalne zwroty akcji oraz parę naciąganych logicznie sekwencji. Tak, zdecydowanie najlepsze momenty filmu …… to takie w których nikt się nie odzywa. Nic w tym dziwnego, w końcu reżyser Joseph Kosinski zajmował się wcześniej tworzeniem teledysków. To widać i czuć w każdej scenie odgrywanej tylko za pomocą muzyki i obrazów. Należy jeszcze dodać, że znajomość pierwszej części zdecydowanie pomaga w odbiorze historii, ale spokojnie można się bez niej obejść.

Hmm….. nie wiem za bardzo co jeszcze mógłbym napisać na temat „Tron: Dziedzictwo”. To w sumie dość letni film, kino przygodowe zrealizowane na solidnym poziomie, któremu brakuje jednak nieco iskry by zabłysnąć jaśniejszym blaskiem. Na szczęście wciąż jest na tyle daleko do porażek pokroju nowego Terminatora czy Transformersów, żeby  można było mówić o artystycznej klęsce. Mamy kapitalną muzykę, świetną koncepcją wizualną, jest jak zawsze dobry Jeff Bridges wspomagany solidną grą aktorską pozostałych bohaterów. Są smaczki dla fanów protoplasty „Tron: Dziedzictwo”. Jest i w gruncie rzeczy jakaś przyjemność z oglądania tego wszystkiego. Dla widza który nie oczekuje niczego więcej jak sprawnie zrealizowanej rozrywki nowy Tron spokojnie spełni swoje zadanie. Reasumując, może nie nakazywałbym wizyty w najbliższym kinie, ale też nie odradzałbym jej. W długie zimowe wieczory trzeba w końcu jakoś zabijać czas.

Ps. Byłem na seansie 3D (Dolby Digital) i szczerze mówiąc zawiodłem się straszliwie. Efekt głębi minimalny, przez większość czasu czułem się jakbym oglądał zwykły film 2D. Nie wiem jak w kinach IMAX ( w moim pięknym mieście tzn. w Rzeszowie, nie ma bowiem czegoś takiego), może tam jest lepiej. W każdym razie „Avatar” w kategorii 3D wciąż pozostaje niepokonany.