Zaznacz stronę

Najnowszy film Agnieszki Holland narobił ostatnio sporo szumu wokół siebie. Prasa i media ogłaszają powstanie dzieła lepszego od „Listy Schindlera” i „Pianisty”, a kina w pierwszym tygodniu wyświetlania przeżywają małe oblężenie. Holocaust, przygniatający ciężar tragicznych ludzkich losów oraz unosząca się nad tym obrazem szansa na oscarową nominację. Bałem się,  że po bardzo słabym „Janosiku” Agnieszka Holland na dobre popadła w kryzys twórczy i z ciekawego tematu ostaną się jedynie scenariuszowe klisze. Zamartwiłem się jednak całkowicie niepotrzebnie, bo „W ciemności” to kawałek naprawdę dobrego, autentycznego kina, daleko bardziej mądrego niż robione na klęczkach („Katyń”) lub kolanie (Bitwa) ostanie nasze wielkie narodowe produkcje z historią w tle. I jeśli już młodzież szkolna musi nawiedzać z jakiegoś powodu sale kinowe, to niech czyni to właśnie z powodu premiery „W ciemności”.

To co Holland udało się najbardziej to uniknięcie niemal wszystkich grzechów typowych dla produkcji oznaczonych znaczkiem „Holocaust”. „W ciemności” bardziej przypomina obiektywną relację niż tanią maszynkę do wyciskania równie tanich łez. Sercem i duszą filmu jest postać Leopolda Sochy, granego przez Roberta Więckiewicza. Socha, drobny cwaniaczek i złodziejaszek wykorzystuje likwidację lwowskiego getta jako niepowtarzalną okazję do łatwego zarobku. Jako kanalarz zna układ kanałów wojennego Lwowa niemal tak dobrze jak własną kieszeń. Za pewną opłata zgadza się poprowadzić, a następnie ukryć grupkę żydów w ciągnącym się bez końca systemie kanalizacyjnym miasta. Postawienie w centrum wydarzeń tak niebanalnej postaci jaką jest lwowianin, automatycznie redukuje poziom patosu do poziomu strawnego dla normalnego człowieka.  „W ciemności” opowiada o ludziach postawionych przed absurdem wojennych losów. Bez niepotrzebnego zadęcia czy wielkich słów. To opowieść o ludziach z których każdy chce żyć, choć otaczający ich świat utrudnia im to jak tylko może. Jasne, nawet nie znając historii, można się łatwo domyślić jak będzie wyglądać zakończenie, ale twórcy starają się relacjonować zmagania Sochy i „jego” Żydów bez żadnych upiększeń. Mimo cierpienia (a może właśnie dlatego) jest miejsce i na miłość, małostkowość, nadzieję, zwątpienie, ból i na zwykłą ludzką serdeczność.

Z której strony by nie spojrzeć to „W ciemności” jest niczym innym jak oddaniem pokłonu bezinteresownemu dobru tkwiącemu gdzieś w każdej osobie. Światłu powoli przebijającemu się przez bezmiar zła. Socha ze sceny na scenę dojrzewa do tego co uczyni w ostatnich kilkudziesięciu minutach projekcji. Chwila słabości, przywiązania czy coś więcej? Holland przekazuje swoją naiwną wiarę w człowieka, nie będącego tylko zwierzęciem nastawionym wyłącznie na przetrwanie, ale istotą w pełni świadomie podejmującą niezrozumiałe nie-egoistyczne decyzje. Święty Augustyn pisał kiedyś iż  zło absolutne nie istnieje. Realny jest tylko brak dobra. Słowa te jak ulał pasują do „W ciemności” i Leopolda Sochy, w którym kroczek po kroczku rodzić się coś czego nawet on sam się nie spodziewał. Autentyczność całej sytuacji i samego Sochy, wyzbywa tę historię z fałszu, często będącego udziałem podobnych tematycznie produkcji.

Warsztatowo film ociera się miejscami o wybitność. Więckiewicz daje prawdziwą próbkę swojego nieprzeciętnego talentu. Socha w jego wykonaniu jest niczym emocjonalna lokomotywa ciągnąca za sobą resztę obsady. Czasem podły, brutalny, a czasem dobroduszny, ale prawie zawsze szczery w tym co robi. Prawdziwie oscarowa rola, lecz wydaje się, że Pan Robert jeszcze nie raz nas zaskoczy. Na światowym poziomie są także zdjęcia Pawła Edelmana. W szczególności wyprawiające cuda promienie światła, rozświetlające od czasu do czasu mroczne korytarze lwowskiego kanału. Filmowi Agnieszki Holland trzeba jednak zarzucić nadmierne rozciągnięcie w czasie oraz zbyt częste wahania tempa. Po galopującym otwarciu i dobrym zawiązaniu scenariusza, „W Ciemności” wyraźnie traci „pazur”. Punkty kulminacje zdają się być zdecydowanie zbyt od siebie oddalone, a sceny w których brakuje Leopolda Sochy zaliczają bolesny spadek poniżej wcześniej osiągniętej temperatury wrzenia. Spora część wątków jest niepotrzebna, zaś niektóre nie wyszły tak dobrze jak życzyłaby sobie reżyserka. Potrafię zrozumieć, że przedstawienie wiarygodnej przemiany głównego bohatera wymaga poświęcenia sporej ilości ekranowego czasu, ale niestety fakt pozostaje faktem. Środkowa cześć jest zbyt rozwlekła, przez co „W Ciemności” nie wstrząsa tak jak mógłby wstrząsać. Zabolał mnie również niepotrzebny odautorski komentarz w samej końcówce. To po prawdzie tylko jedna mała plansza, ale burzy nieco konsekwencje z jaką Holland prowadziła akcję przez prawie dwie i pół godziny projekcji.

Gdy zamykam oczy i próbuję sobie przypomnieć poszczególne sceny to po pierwsze widzę niemieckich żołnierzy, przeganiających nagie kobiety przez cudnie sfotografowany las. Z  pamięci wygrzebuję jeszcze pierwszą wizytę kamery w kanałach, Sochę wychodzącego z chrztu własnego dziecka oraz jego żonę rozdającą kanapeczki gdzieś w końcówce. Te i jeszcze kilka momentów uświadamiają mi z jak solidnym filmem mamy do czynienia. Nie idealnym co prawda, a na pewno nie lepszym od „Listy Schindlera” czy „Pianisty”. Z realizacyjnymi sztuczkami Spielberga czy wykalkulowanym chłodem Polańskiego, Holland i jej ekipa mierzyć się nie mogą. Ale wstydzić też nie mają się czego. Czy może być lepsza nobilitacja?

P.S. Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał jeszcze o Kindze Preis. Nic nie poradzę na to, że uwielbiam ją oglądać :) Dlatego też, na sam koniec, zdjęcie z Panią Kingą w roli głównej.