Zaznacz stronę

Pierwsza część „Wall Street”, z mojego punktu widzenia, to naprawdę bardzo dobra pozycja, którą po kilkunastu latach od premiery wciąż świetnie się ogląda, między innymi dzięki takim monologom :

„The point is, ladies and gentleman, that greed, for lack of a better word, is good. Greed is right, greed works. Greed clarifies, cuts through, and captures the essence of the evolutionary spirit. Greed, in all of its forms; greed for life, for money, for love, knowledge has marked the upward surge of mankind.”

Właściwie jedyne co mogę jej zarzucić to schematyczność fabuły i parę pomniejszych wpadek, nie pozwalających uznać tego filmu za dzieło kompletne.  Kolejna część tej, wydawałoby się domkniętej historii, ponownie zgłębia tematy związane z największą giełdą świata, a także przywraca do świadomości widzów postać Gordona Gekko. Pozostaje zatem pytanie czy Oliver Stone ponownie osiągnął taki sam poziom emocji i intelektualnej zawartości jak w poprzednim filmie spod znaku „Wall street”? Dla mnie niestety odpowiedź jest przecząca, bo „Wall Street: Money Never Sleeps”  jest tylko bladym cieniem swojego zacnego poprzednika.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Poczynając przede wszystkim od Gekko, który mimo iż ciągle pozostaje najjaśniejszą gwiazdą tego przedsięwzięcia, to jednak nie świeci juz tak jasno jak kiedyś ( Oscar dla Douglasa!) . Tym razem postanowiono mocno uczłowieczyć tego bohatera czyniąc z niego lekko zagubionego, ale gruncie rzeczy kochającego ojca, dodając przy tym delikatne wątki edukacyjne w postaci analizy skutków ogólnoświatowego kryzysu. Tak, pan Gordon Gekko tym razem spełnia rolę proroka i wieszcza, wskazując gdzie leżały podstawy wspomnianego kryzysu, zwraca uwagę na prawdziwe ekonomiczne zło naszego świata oraz przekonuje, że jego dawne wyczyny to betka w porównaniu machlojkami współczesnych magnatów giełdowych. Mimo że ostatecznie okazuje się że nie jest do końca taki święty, to jednak traci on sporo z swojego złowieszczego blasku. Co nie zmienia faktu, że i tak przypadły mu w udziale najlepsze sceny i linijki dialogowe.

Rozpisałem się nieco na temat postaci granej przez Douglasa, ale stało się tak dlatego, że pozostałe elementy w żaden sposób nie potrafią wyzwolić jakichkolwiek emocji. Pochwalić mógłbym w zasadzie jeszcze tylko całkiem sprawny montaż oraz dobór muzyki (David Byrne i Brian Eno).  Uważni kinomaniacy z pewnością  dojrzą kilka czysto filmowych smaczków ( m.in. powracają starzy znajomi) powtykanych tu i ówdzie przez reżysera. Tymczasem największą radość sprawiły mi, napisy końcowe podczas których wybrzmiewa, tak samo jak w poprzedniej części,   utwór „This must be the place” zespołu Talking Heads.

Niestety cała reszta jest w większości zadziwiająca nijaka, w porywach zaś co najwyżej przeciętna. Aktorsko mimo że jest bardzo solidnie pod prawie każdym względem, to jednak scenariusz nie pozwala zabłysnąć żadnemu z bohaterów. Najgorzej sprawa się ma z nieznośnie rozmytym głównym wątkiem i to zarówno w warstwie emocjonalnej jak i w jakości samej intrygi. Oryginalne „Wall Street” operowało swego czasu pewnym rodzajem sentymentalizmu, jednakże o ile w tamtym przypadku był to sentymentalizm podszyty tęsknotą, tak tym razem Stone zbyt często operuje sentymentalizmem rodem z telenoweli. Bardzo widoczne jest to zwłaszcza w relacji pomiędzy Gekko, jego córką Winnie i jej narzeczonym, młodym maklerem Jacobem.

Ponarzekałem trochę  na „Wall Street: Money Never Sleeps”, ale nie jest to aż tak słaba pozycja jak mogłoby się wydawać. Ogląda się to bezboleśnie, czasem nawet z pewnym zainteresowaniem, można też poznać kilka sekretów z funkcjonowania prawdziwej giełdy papierów wartościowych. Szkopuł w tym że całość jest tylko poprawna, a może….. a może po prostu chodzi o to że żaden sequel nie był tak naprawdę potrzebny w tym wypadku . Lepiej ponownie obejrzeć poprzednią część dylogii i przekonać się że Oliver Stone potrafił kiedyś tworzyć naprawdę dobre i przenikliwe filmy.