Zaznacz stronę

Boże, jak Ja nie lubię pisać recenzji średnich filmów. „Whisky dla aniołów” to idealny przykład takiego średnika, co do którego trudno się ustosunkować emocjonalnie inaczej niż na zasadzie –  OK, było całkiem przyzwoicie. Raz jest fajnie, a za chwilę po prostu nudno. Idealna sinusoida, której efektem jest standardowy do bólu przeciętniak. Chociaż dość sympatyczny. Teraz nie pozostaje nic innego jak tylko usiąść z szklanką dobrego whisky, wypunktować wady i wskazać ewentualne zalety. Jeszcze tylko łyczek i bierzemy się do pracy.

 

„Whisky dla aniołów” to typowa obyczajówka w stylu Kena Loach’a ze zgryźliwym brytyjskim humorem wypisanym na twarzy. Widziałem już takich filmów na pęczki i do tego z o wiele lepiej napisanym scenariuszem. Także w reżyserii samego Loach’a (choćby „Szukając Erica”). Mamy tu wszystko, co potrzeba. Dojrzałego faceta z kryminalną przeszłością, który chciałby się od niej uwolnić, ale jakoś nie bardzo mu to wychodzi. W tle kobieta z dzieckiem, nadziany teść i paru typów spod ciemnej gwiazdy. Mamy grupę podobnych do niego lajfstajlowych wykolejeńców, wśród których znajdziemy typowego „komika”, zagubioną dziewczynę, sympatycznego rudzielca i paru innych oryginałów do kompletu. Film się ledwo co się rozpoczyna, a Ja już jestem prawie pewien jak się skończy. No, mylę się w przypadku jednej fabularnej akrobacji, która jednak wcale nie poprawia mojego nastroju. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że dobija – i tak już słabo bijące – emocjonalne epicentrum tego filmu. Ale o tym później.

 

“Komedia, którą pokocha 38 milionów Polaków” – krzyczy do mnie tagline. Oczywiście, ktoś tu grubo przesadza. Rozumiem dystrybutorów, dla których promocja tego filmu jako rasowej komedii to jedyna szansa, aby zobaczyło go więcej niż 1000 osób, ale takie stwierdzenie robi straszliwą krzywdę temu brytyjskiemu obrazowi.  Pierwsze 30 minut to wręcz dramat, w którym mamy zdecydowanie więcej łez niż ubawu po pachy.  Uśmiechnąć się można tylko kilka razy i raczej nie będzie to śmiech aż do bólu przepony. Później napięcie opada i film wędruje w nieco luźniejsze rejony, jakby pomysł głównego bohatera stał się jakimś cudownym remedium na wszystkie nieszczęścia świata.

Ujmując rzecz najogólniej jak się da –  w „Whisky dla aniołów” fabuła kręci się właśnie wokół whisky. To od jej skosztowania zaczyna się jakaś niezwykła przemiana, która nastąpi w życiu naszego bohatera. Doprowadzi to w końcu do szalonego pomysłu, z którego urodzi się plan kradzieży najdroższej whisky świata. I w tym momencie film się dla wykłada. Konsekwentnie prowadzona od początku historia łamie się na pół, gdy w miejsce obyczajowej szczerości podstawia się złodziejską bezczelność i bolesne przeświadczenie, że tylko z pomocą grubej forsy możesz odmienić swój los. Klimat nagle skręca w lżejszym kierunku i w końcu zaczynają przeważać elementy komediowe. Nie jest to przejście gwałtowne, ale odczuwalne. Mnie ono nie pasowało nie tyle warsztatowo i pod względem logiki, ale gryzło mi się ideologicznie oraz fabularnie z resztą filmu.

Czas na podsumowanie. W poprzednich akapitach wylałem trochę żalów, ale „Whisky dla aniołów” to nie tylko wady. To po prostu sprawnie zrobiony film. Poważny, kiedy trzeba i sympatyczny, jeżeli sprzyjają temu okoliczności. Czasem się uśmiechniesz, a czasem zasmucisz. Jak w życiu. Szkoda tylko, że nie zawsze szczery. Można zobaczyć, ale musicie iść z przeświadczeniem, że raczej nie ubawicie się za wszystkie czasy…