Zaznacz stronę

Po co Wam nowoczesny 40-calowy telewizor z możliwością wyświetlania obrazu w rozdzielczości 1920 x 1080 i z technologią wspomagającą płynność i czystość obrazu? Po co Wam odtwarzacz BluRay? Po co Wam potrzebne mocarne, przestrzenne nagłośnienie? Po co wygodny fotel? W jakim celu potrzebujecie ciszy i skupienia? Do oglądania Transformersów czy Avatara? Pff, prawdziwy filmowy snob takich rzeczy nie ogląda! Ambitne, niezależne filmy nie potrzebują tego typu sprzętu! Ich oglądanie powinno sprawiać ból i cierpienie, być okupione wysiłkiem, powodować katar, bóle głowy i choroby układu pokarmowego! A czerpanie przyjemności z doznań wizualnych, to broń Boże! Zapytam, więc jeszcze raz. Po co Wam to wszystko? Odpowiedź brzmi:


Ostatni film Gaspara Noe zaczyna się tak jakby od razu chciał zniechęcić do siebie co mniej odpornych widzów. Ekran opętańczo miga a  głośniki wyją, wydając z siebie jakieś kakofoniczne dźwięki. Zabawa na całego. W końcu rozpoczyna się coś względnie normalnego.  Względnie, bo forma pozostanie nietypowa, aż do samiutkiego końca.   Wszelakie wydarzenia na ekranie śledzimy, dosłownie, z punktu widzenia głównego bohatera. Kamera praktycznie przez cały czas  symuluje wrażenie spoglądania na świat jego oczyma. Nawet po jego śmierci…

Jak to po śmierci? A tak to.  Historia obraca się wokół motywu zaczerpniętego z „Tybetańskiej Księgi Umarłych” tzn. tego co dzieje się z duszą po śmierci.  Oscar czyli nasz bohater, mieszka w Tokio razem z siostrą, spędzając swój czas głównie na eksperymentach z używkami. W pierwszych minutach filmu udaje się razem z przyjacielem do pubu „Void” w celu dokonania narkotykowego dealu. Coś jednak idzie nie tak i na miejscu pojawia się policja i wyniku splotu okoliczności zabija Oscara. Od tego momentu jego duch błąka się po świecie.

Gaspar Noe to jeden z najbardziej oryginalnych współczesnych reżyserów. Nigdy nie bratał się z mainstreamem, nigdy też nie cackał się specjalnie z widzem. Tutaj też się nie hamuje. Przemocy i seksu znajdziemy w „Wkraczając w pustkę” pod dostatkiem. Zwłaszcza tego drugiego. Miejcie to na uwadze jeśli chcecie się zmierzyć z tym filmem. Ze zdolnością do szokowania idzie w parze rozpasanie wizualne. „Wkraczając w pustkę” to dzieło stworzone do wielkiego, krystalicznie czystego ekranu. Do buczącego subwoofera. Do ciemnego pokoju. Warstwa wizualna potrafi wynagrodzić w tym wypadku niektóre braki. Fantastyczne są momenty narkotykowego odjazdu czy niektóre przeloty ducha naszego bohatera. Jednak przy ponad 2,5 godzinnym seansie, forma nieco powszednieje i nastrój zamiast zachwycać zaczyna męczyć, a kolejna astralna wędrówka, irytować.  Dzieje się to także za sprawą fabuły, która im bliżej finału tym bardziej szczątkowa i mniej angażująca się staje. Nie jest to zresztą dzieło bogate w ukryte treści i znaczenia. To raczej dość luźna adaptacja wspomnianej „Tybetańskiej Księgi Umaryłch”, a może prostu  podróż przez neonowe piekło Tokio.

„Wkraczając w pustkę” posiada wszystkie cechy o których wspomniałem w pierwszym akapicie. Nie tylko dręczy fizycznie i psychiczne swojego odbiorcę, ale też potrafi wprawić go w estetyczną ekstazę. Podsumowując. Gaspar Noe chciał mnie zabić, zniechęcić i zmaltretować swoim najnowszym dziełem. Kiedyś powiedział nawet, że nie ma pojęcia jakim cudem jego filmy mogą się komukolwiek podobać. A mnie się „Wkraczając w pustkę” podobało, mimo wszystko. I wiem, że nie jestem w tym odosobniony. Kłamczuch jeden z tego Gaspara…