Zaznacz stronę

Wyobraź sobie, że do twojego samochodu wprasza się w ubrany w garnitur stary Indianin i bez zadawania pytań jedzie z tobą w nieznane. Jedziecie tak długo aż ruchem dłoni wskaże Ci miejsce na drodze, w którym masz się zatrzymać. Zatrzymujesz się niemal na środku pustyni, a ten bez słowa wysiądzie i uda się w swoją stronę. Czy wiesz, co to za miejsce? To Ameryka oglądana oczyma włoskiego twórcy, Paulo Sorrentino. Reżysera filmu „Wszystkie Odloty Chayenne’a”.

Oryginalny tytuł filmu „This must be the place” jest zarazem tytułem piosenki zespołu Talking Heads. W filmie pojawia się ona w kilku wariacjach, pełniąc niejako rolę dodatkowego narratora. Nie będę ukrywał, że właśnie „This must the place”  to jeden z moich ulubionych utworów wszechczasów, dlatego oczekiwania wobec „Wszystkich odlotów Chayenne’a” miałem wyjątkowo duże. Czy zostały one spełnione? Prawie.

Główną postacią filmu jest Chayenne, emerytowany rockman inspirowany postacią Roberta Smitha – lidera The Cure.  Pewnego dnia dowiaduje się on, że jego ojciec – którego notabene nie widział od 30 lat – jest w stanie agonalnym. Po kilkudziesięciu lata spędzonych w swoim irlandzkim mieszkaniu, w końcu sytuacja zmusza go by ponownie odwiedził Nowy Jork. Przybywa jednak za późno. Na miejscu dowie się jeszcze, że ojciec poświecił niemal całe swoje życie na odnalezienie swojego prześladowcy z Auschwitz. Chayenne decyduje się dokończyć historię, której pierwsze rozdziały życie napisało ponad pół wieku temu, zaś te ostatnie dopisane zostaną długą podróżą przez Stany Zjednoczone.

Reżyser przygląda się Ameryce poprzez jej dziwactwa i cudaczności. Odrealnionej krainie  z betonową dżunglą po jednej stronie kontynentu, pustynią pośrodku, górskimi szczytami po przeciwnej stronie i starym nazistą mieszkającym na końcu świata. Tylko tutaj w małej restauracji w Górach Skalistych spotkasz niegdysiejszego geniusza, a w sklepie z bronią przypadkowo napotkany klient opowie ci o cudownym uczuciu, jakim jest doświadczenie zabijania. W oku cudzoziemca Ameryka pełna jest  takich indywiduów. Ludzi żyjących w miejscu gdzie każdy może być, kim chce, ale niewielu chce być po prostu samym sobą. Chayenne odbywa swoją podróż w głąb Ameryki, nie tyle poszukując samego siebie na nowo, ale bardziej godząc się niejako z tą rzeczywistości, którą przez tak wiele lat unikał. „Niezauważenie wyrastamy z wieku, kiedy mówimy – takie będzie moje życie – i zaczynamy mówić: takie życie..” – mówi.  Podróż przez USA pozwala Chayenne wyrwać się z końcu ze swojego szklanego pałacu i uwolnić się od plastikowej maski, którą przywdział wiele lat temu.

Sorrentino w sposób nietypowy podchodzi do problematyki Holocaustu, każąc swojemu bohaterowi odczuwać go jakby z perspektywy pokolenia wychowanego w innej erze. Niejako przeżyć go na nowo, jednak z innym bagażem emocjonalnym. „Wszystkie Odloty Chayenne’a” to także film o dość zaskakującym odkryciu, iż nasze przeżycia są także udziałem wielu innych istot ludzkich.  To aż przerażające, jak bardzo nie spodziewamy się, w których osobach może tkwić bratnia dusza.

Reżyser wśród swoich inspiracji wymienia kino Jarmuscha i „Prostą Historię” Lyncha, ale ja porównałbym „Wszystkie Odloty Chayenne’a” do mało znanego w Polsce „Wszystko jest iluminacją”. Podobnie jak tamten i tutaj początkowy humor z czasem ustępuje miejsce dużo poważniejszym kwestiom. W obu przypadkach obraz zyskuje dzięki świetnemu – często licencjonowanemu – soundtrackowi. Film Sorrentino można określić w dużym skrócie, jako dziwaczne kino drogi, w którym komedia miesza się z powagą tematu. Dość dziwaczna budowa filmu jest w zasadzie najpoważniejszym problemem z jakim zetknąłem się w trakcie seansu.  Choć konwencja ani przez moment nie próbuje sprawiać wrażenia na wskroś realistycznej, to mimo wszystko postać Chayenne’a wydaje się być sporym wyzwaniem dla widza. Bo jak tu rozgryźć faceta ubierającego się jak strach na wróble i wypowiadającego swoją kwestie z dziwaczną – nieco denerwującą – manierą, czasem nawet na granicy histerii? Nie jest łatwo, ale z pewności gdyby nie mistrzowski Sean Penn, żaden z zaplanowanych (znakomitych!) dowcipów nie wybrzmiałby tak powinien. Problematyczny wydaje się także umyślne niedopowiedzenie niektórych wątków, przez co miejscami konstrukcja scenariusza wydaje się niepełna.

Tymczasem, będąc mądrzejszym o dwa dodatkowe seanse, z bólem serca muszę odmówić przyznania najwyższej możliwej oceny. I choć „Wszystkie odloty Chayenne’a” z czasem tracą początkowe tempo  to niezmiennie pozostają dziełem na wskroś mądrym i po ludzku pouczającym.  A to bardzo rzadko okazja, kiedy mogę przypisać taką łatkę jakiemuś filmowi. Bardzo rzadka.

P.S. Miała być ósemka, ale za perfekcyjnie użycie (nie jedno!) i oddanie ducha piosenki skomponowanej przez  Davida Byrne’a, dodam jeszcze jeden punkt. Taki ze mnie wredny człowiek. Ale przecież: „THIS MUST BE THE PLACE!”