Zaznacz stronę

Zaraz po tym jak zapaliły się światła na sali kinowej i w końcu mogłem spokojnie wyjść na świeże powietrze, przyszło mi do głowy jedno pytanie.  Co się stało z Andrew Niccolem? Czyżby dziecinniał wraz z wiekiem? Początkowo jego nowy film o chwytliwym tytule „Wyścig z czasem” daje jeszcze nadzieję na sprawne, przewrotowe science-fiction. Niestety dość szybko to co miało być niejako rozliczeniem z Systemem, okazuje się haniebnie uproszczoną wprawką z zasad funkcjonowania nowoczesnych społeczeństw, dodatkowo odgrywaną na tyleż prostych co mało subtelnych nutach. Nie tego się spodziewałem  po Niccolu który dawno temu podpisał się pod jednym z najbardziej niedocenianych filmów s-f,  znanym w Polsce pod tytułem „Gattaca – szok przyszłości”.

W „Wyścigu z czasem” powraca do tych samych źródeł które były tematem w jego bodaj największym dziele. Tak jak wtedy mamy czytelny kult młodości, opresyjnie uciskaną niższą warstwę społeczną w wyraźnie zhierarchizowanym układzie społecznym i mało efektowną wizję przyszłości z zredukowaną do minimum liczbą futurystycznych gadżetów. I znowu także przyczyną wszystkiego jest rewolucyjna genetyczna modyfikacja. Cała reszta to już zgoła odmienny poziom. I nie znaczy to wcale, że lepszy.

Główną atrakcję fabularna można zawrzeć w pewnej znanej i cenionej maksymie. Czas to pieniądz. Założenie jakim operuje „Wyścig z czasem” każe nam potraktować wspomnianą wcześniej maksymę wyjątkowo dosłownie, bowiem w wykreowanym przez reżysera (a także scenarzysty i producenta) świecie, głównym środkiem płatniczym są upływające sekundy, minuty, dni i inne jednostki czasu. Rzeczywistość w jakiej przychodzi funkcjonować głównemu bohaterowi, Willowi Salasowi, to miejsce wiecznych 25-latków, gdzie sukces w obszarze genetyki pozwolił ludzkości zapomnieć o starzeniu się ciała. Jednak jest to tylko złudzenie nieśmiertelności, gdyż by żyć wiecznie trzeba sobie na to zapracować i tak naprawdę oprócz garstki bogaczy cała reszta w obliczu galopujących nieustannie cen, zmuszona jest żyć niemal z dnia na dzień. „Większość musi umrzeć, by garstka mogła żyć wiecznie” – pada w pewnym momencie w filmie. Will któremu zły System odbiera matkę, rusza do New Greenwich. Miejsca gdzie tylko bogaci mają wstęp. Po co? Obdarzony wcześniej darem w postaci dekady do wykorzystania, nasz bohater chce sprawić by funkcjonujące mechanizmy rynkowe zachwiały się w posadach.  Tak się nam przynajmniej wydaje.

Po drodze film gubi niestety gdzieś swojego buntowniczego ducha i zamienia się w festiwal pościgów  i ucieczek prowadzących tak naprawdę donikąd. Dopiero w ostatnia partia przywraca wcześniej nakreślony problem do łask. Chociaż „Wyścig z czasem” próbuje poprzez stosunkowo jasne metafory  zasygnalizować pewne kwestie trapiące mądre głowy tego świata, to podchodzi do tematu w sposób wyjątkowo naiwny. Tak jakby użycie popkulturowego magnesu w postaci Justina Timberlake wymuszało jakieś okrutne spłaszczenie prezentowanej historii, przez co zmuszeni jesteśmy wysłuchiwać lewicowej filozofii na szkolnym poziomie. Niccol wplata w to wszystko jeszcze  odwołania do niektórych rebelianckich ikon. Tu dorzuca trochę Robin Hooda, tam znów trochę Bonnie i Clyde i tak dalej. Bardzo to wszystko fajne, ale i bardzo toporne.   Prawdziwą perłą w koronie naiwności o której po prostu muszę wspomnieć, jest scena w której Will i jego urocza partnerka zdają sobie sprawę z istnienia takiego, wydawałoby się oczywistego, zjawiska jak inflacja. Prawie się uśmiechnąłem.

Tak narzekam i narzekam, ale gdyby dałoby się  odrzucić twórcze ambicje,  to otrzymujemy nawet nieźle zrealizowane widowisko.  Niccol wciąż dobrze czuje dramaturgie poszczególnych punktów kulminacyjnych swojego filmu, przez co nawet jakoś nie specjalnie miałem kłopot z zainteresowaniem się losami postaci. Oczywiście bez przesady, ale jako  spektakl fantastyczno-naukowy  ciągle oferuje – bądź co bądź – ciekawą (choć raczej mało wiarygodną) wizję, do tego szczegółowo wykonaną. Jak na film za kilkadziesiąt milionów dolarów przystało, wszystkie elementy są zrealizowane bardzo solidnie, z należną dbałością o wizualną stronę artystyczną. Pomimo, że wszystkie elementy budujące scenariusz są tylko naszkicowane a bohaterowie nieznośnie jednowymiarowi, nie przeszkadza to aż tak bardzo w śledzeniu zawiłości fabuły. Mało wyrafinowane filozoficzne aspiracje wpędzają jednakże dzieło Nowozelandczyka do grobu, biorąc w zbyt wielu momentach górę nad zwyczajnym zadowoleniem widza.

Ciężko „Wyścig z czasem” traktować więc tylko jako rozrywkę, ale jeszcze ciężej traktować ten film jak s-f z ambicjami, za które czasu do czasu chce uchodzić. Mimo nienagannej prezencji, nowe dzieło Andrew Niccola pozostaje nieudaną próbą pogodzenia prostej przyjemności oglądania, głębszych (choć spłyconych)  treści i filmowej erudycji. „ Wyścig z czasem” nie jest z całą pewnością największym zawodem tego roku, ale chwały twórcom też nie przynosi. Na niezobowiązujący wypad do kina w towarzystwie wesołej kompanii, popcornu  oraz Coca- Coli, jak znalazł. Szybko wpada do głowy i równie szybko z niej wypada.  Ot, nieszkodliwa bzdura.

Chyba czas już kończyć…