Zaznacz stronę

Oddanie komiksowej poetyki na filmowej taśmie to nie lada wyzwanie. By tego dokonać potrzebna jest nie tylko znajomość filmowego rzemiosła, ale także pełne zrozumienie środków przekazu jakimi posługuje się komiks. Próbował już tego dokonać Zack Synder przy okazji „300” i „Strażników” czy Robert Rodriguez ze swoim „Sin City” – komponujący piękne quasi-komiksowe kadry i skupiający się na bezmyślnym kopiowaniu jakby zapominieli, że materiał filmowy powinien żyć własnym życiem. Próbowano dokonać tej trudnej sztuki, także w masowo produkowanych ostatnimi czasy, kolejnych superbohaterskich epopejach. Te jednak skoncentrowane są bardziej na atrybutach i rekwizytach, niż na oddaniu ducha oryginału. Wright – którego twórczość jak do tej pory olewałem z pełna premedytacją – tymczasem po cichu oddaje światu przysługę i tworzy „Hannę”, najlepszy i najbardziej komiksowy film nie będący przy tym adaptacją żadnej ze znanych pozycji. A łatwość z jaką mu to przychodzi zasługuje na uznanie.

W czasie trwania seansu ani na moment nie opuszczało mnie wrażenie, że właśnie przewracam kolejne komiksowe stronice. Fabuła to typowa postmodernistyczna komiksowa mieszanka. Hanna żyje wraz z ojcem gdzieś w niedostępnej leśnej głuszy. Troskliwy rodzic (Eric Bana) próbuje uczynić z nie doskonale wyszkoloną i przystosowaną do wszelakich niebezpieczeństw maszynę, nastawioną na przetrwanie i unicestwienie osoby odpowiedzialnej za śmierć jej matki i której egzystencja pozostaje zagrożeniem dla tej dwójki. Opracowują sprytny plan, który jak nietrudno się domyśleć, przyjdzie im wkrótce wprowadzić w życie. Ok, wystarczy. Niczego więcej Wam nie potrzeba. Ważne, że mamy jak zawsze nośny temat zemsty zmieszany w jeden strawny koktajl razem z motywem podróży i odkrywania samego siebie.

Hanna  całe swoje świadome życie spędziła w leśnej chacie, o świecie dowiadując się z głównie z dziecięcej encyklopedii, z opowiadań braci Grimm i tego co powiedział ojciec. Głównym punktem widzenia jest właśnie jej sposób postrzegania świata, przefiltrowany przez to czego zdążyła się nauczyć przez całe dzieciństwo. Baśniowe archetypy przewijają się wyraźnie przez cały film. Czarny charakter z obsesją czystości zamieszkujący szklaną fortecę, domek babci, chatka z piernika czy intensywne ostatnie stracie w wyludnionym parku rozrywki zwieńczone wizytą w paszczy złego wilka. Mniam,  wypada to naprawdę smakowicie. Jak by tego było mało gdzieś tam jeszcze przewijają się echa „Frankensteina” (manipulacje genetyczne). Oczywiście to wciąż wysokooktanowy thriller, a trup w trakcie seansu padnie niejeden. I całe szczęście.

 

Reżyser rozciąga granice prawdopodobieństwa, igrając z logiką i spójnością, co pewnie niektórzy mogą poczytywać jako zarzut, jednak przy tej konwencji wydaje mi się zupełnie na miejscu. Miksuje to jeszcze z masą innych, wydaje się, niepasujących do siebie klocków. O eksperymentach genetycznych już wspomniałem. Co my tu jeszcze mamy? Elementy kina drogi, przyśpieszony kurs dojrzewania, neonaziści. Zaraz, zaraz. Jacy neonaziści? Cóż, to mój absolutnie ulubiony fragment. Bo co trzeba zrobić gdy taka agencja rządowa jak CIA nie może sobie poradzić ze schwytaniem małej dziewczynki? Angażujesz narwanych neonazistów, którym szefuje dość nietuzinkowy osobnik. Przecież to proste. I ja wcale nie żartuję.

O ile, taki komiksowy misz-masz nie zawsze wypada sensownie na ekranie, to w akruat tym konkretnym przypadku łykam całość bez popitki. W tej konwencji i w tej stylizacji nic nie zgrzyta, a wręcz wydaje się być na miejscu. Fajne jest, że całej tej plątaninie pomysłów, Wright nie zapomina o swoich bohaterach. Nie są to tylko scenariuszowe kukły, mające usprawiedliwić strzelaniny, ale postacie z krwi i kości. Może tylko lekko nakreślone, za pomocą charakterystycznych  zachowań (zresztą jak to w komiksach często bywa), ale jednak autentyczne. Aktorsko „Hanna” stoi na zjawiskowej Saorise Ronan występującej w tytułowej roli. Dziewczynka jest naprawdę fantastyczna i nie zdziwię się jeżeli jeszcze przyjdzie nam o niej usłyszeć. Zaś o Cate Blanchett czy o Ericu Banie chyba nie muszę nic mówić. Co klasa to klasa.

Co by jednak nie przesadzać z intelektualną pożywką, koniecznie trzeba zaznaczyć, że „Hanna” to formalny cukiereczek. Cudne, czyściutkie, precyzyjnie skomponowane kadry i świetna reżyseria scen akcji. Koneserzy z pewnością docenią sfilmowaną w jednym ujęciu kilkuminutową scenę walki w podziemnym parkingu. Prawdziwym blaskiem „Hanna” lśni jednak gdy dochodzi do syntezy obrazu i dźwięku. Bardzo rzadko trafiają się bowiem filmy w których muzyka jest tak zintegrowana z obrazem i w których jej obecność wznosi poszczególne sceny na wyższe poziomy sztuki filmowej. Za oprawę muzyczną odpowiadają The Chemicals Brothers i bez wątpienia jest to jedna z najciekawszych tegorocznych muzycznych ilustracji.

Nie potrafię ani wcale nie chce wskazywać słabych punktów dzieła Wrighta. Zdaję sobie jednak sprawę, że konwencja jaką narzuca widzowi „Hanna” nie przypadnie do gustu każdemu. Podejrzewam, iż niektórzy pewnie będą mnie przeklinać za polecanie tego filmu. Samym scenariuszem film Wright’a raczej nie zachwyci, jednych znudzi, zaś wielu uzna ten po prostu za dziwaczną wariację Bourna. To taki typowo nerdowski kawałek kina. Interpretacyjna swoboda  i trochę zabawy formą oraz treścią, nie pozbawiona przy tym emocji. Akurat idealnie trafia w moje potrzeby. Dlatego ja sobie „Hannę” oprawię i pewnie jeszcze nie jeden raz do nie wrócę. Jak do dobrego komiksu. Panie Wright, proszę o więcej takich filmów!