Zaznacz stronę

“Z dna szuflady” w założeniach ma być cyklem poświęconym filmom mniej znanym, nieco zapomnianym, najczęściej też nieco starszym, ale jednocześnie takim którym bez wątpienia należy się chwila uwagi. Na dobry początek dwaj przedstawiciele zacnego gatunku science- fiction. To lecimy.

„Miracle Mile” rozpoczyna się niczym historia obyczajowa. Harry spotyka kobietę swoich marzeń, zaczyna iskrzyć między nimi i koniec końców umawiają się na randkę. Niestety sprawy przybierają nieoczekiwany obrót, bo nasz „hero” spóźnia się na umówione spotkanie. I to sporo. Czekając na przydrożnym parkingu, słyszy dźwięk dochodzący z budki telefonicznej. Podnosi słuchawkę. Zrozpaczony głos , kogoś po drugiej stronie, tłumaczy że omyłkowo wystrzelono pocisk nuklearny w stronę Rosji i za około 70 minut należy się spodziewać odwetu.  Harry zdąży jeszcze zamienić z tajemniczym nieznajomym kilka zdań, po czym słychać huk broni palnej w słuchawce. Połączenie zostało przerwane. Nie bardzo wiedząc co z tym fantem zrobić udaje się do pobliskiego baru. Czy to był tylko żart czy prawdziwe ostrzeżenie?

Tak wygląda pierwsze kilkanaście minut. Interesujący punkt wyjścia, nieprawdaż? „Miracle Mile” to jeden z najciekawszych filmów s-f lat 80-tych. Wyrosły z apokaliptycznych paranoi amerykańskiego społeczeństwa oraz strachu przed nuklearną zagładą. Owocem tych lęków było powstanie m.in. takich filmów jak „Terminator” czy „The Day After”.  Reżyser, Steve DeJenett, długo musiał czekać na realizację swojego pomysłu. Dopiero po kilku latach Warner w końcu zdecydował się wyłożyć około 4 mln dolarów. Z racji tego dość skromnego budżetu, „Miracle Mile” sprawia czasem wrażenie obcowania z kinem klasy B. Myliłby się jednak ten który zaszufladkowałby w ten sposób obraz DeJenetta. Jedyne elementy które mogę trochę razić to delikatny kicz lat 80-tych, miejscami idiotyczne dialogi  i drewniane aktorstwo. Cała reszta to już w pełni profesjonalny poziom.

To jeden z nielicznych filmów w których klimat nadciągającej zagłady został oddany tak plastycznie i namacalnie. Dosłownie czuje się, że jeszcze kilka minut i wszystko zacznie się sypać, że za chwilę cały świat stanie w płomieniach i pogrąży się w otchłani. A co najgorsze, nie możemy nic z tym zrobić. Efekt potęgowany jest tym, że większość akcji dzieje się bardzo późno w nocy. Wyludnione podwórka, parki, blokowiska i ulice wzmagają poczucie osaczenia i beznadziejnej walki o przetrwanie. Dziwne postacie jakie przyjdzie spotkać Harry’emu to tylko konsekwencja nieco onirycznego nastroju filmu. W przeciwieństwie do całej reszty indywiduów, Harry nie działa z stricte egoistycznych pobudek. Jego chęć przetrwania koncentruje się na tej dopiero co poznanej dziewczynie z którą właśnie dzisiaj miał się zobaczyć. Takie nonkonformistyczne podejście, sprawia że jesteśmy skłonni przelać naszą całą sympatię na jego osobę.

Fabularnie „Miracle Mile” jest właśnie tym czym wydaje się na pierwsze rzut oka. To typowa dla tego okresu kina zabawa z konwencją filmu fantastyczno naukowego. Spójna, choć w gruncie rzeczy dość prosta, fabuła dostarcza na tyle wiarygodnych wrażeń, że każdy kto wyrastał na kultowych działach s-f ery VHS poczuje się jak w domu. Z każdą kolejna minutą tempo wydarzeń na ekranie zaczyna elegancko przyśpieszać, pod koniec fundując widzom prawdziwą przejażdżkę na rollercoasterze. Na szczególną uwagę zasługuje sportretowanie amerykańskiego społeczeństwa jako zbieraniny przeróżnych fobii. Oczywiście jest to tylko tło, aczkolwiek bardzo smakowite, znakomicie dodające kolorytu „Miracle Mile”. Można ewentualnie rozpatrywać  „Miracle Mile” jako wyjątkowo mroczną love story i opowieść o szansie która wymyka się z rąk głównego bohatera. O szansie na miłość, o szansie na szczęście, o szansie na życie.

Wielkie słowa uznania należą się autorowi zdjęć oraz odpowiedzialnym za ścieżkę dźwiękową, muzykom z Tangerine Dream.  W obu przypadkach wywiązali się z swojej pracy lepiej nie dobrze. Ten pierwszy świetnie oddaje ducha nocnego Los Angeles, dobrze prowadzi kamerę i trzyma płynną narrację. Co ciekawe efekt przypomina to co zrobił Michael Ballhaus przy okazji „After Hours” Scorsese.  Ci drudzy zaś serwują delikatne ambientowe brzmienia,  a przede wszystkim starają  się by muzyka doskonale współgrała z obrazem. Końcowy efekt robi wrażenie. Tako samo zresztą jak cały film.

„The Quiet Earth” wpisuje się w ten sam apokaliptyczny nurt co „Miracle Mile”, z tą różnicą jednak , że gdy w „Cudownej Mili” obserwowaliśmy preludium do ostatecznej zagłady, tak ” The Quiet Earth” daje okazję obserwować świat, w którym „TO” już się stało. Rozszyfrowanie czym było „TO” nie jest wcale takie proste bo w rzeczywistości nic nie wskazuje na to aby miał miejsce jakkolwiek katastrofa.

Zawiązaniem akcji jest niecodzienna sytuacja w której znalazł się pewien mężczyzna. Mówiąc prosto i bez ogródek – jest ostatnim człowiekiem na planecie. Jakie zdarzenie spowodowało taki stan rzeczy i dlaczego akurat jemu przypadła w udziale ta niewdzięczne rola to najważniejsza zagadka spędzająca sen z powiek tak samo głównemu bohaterowi jak i widzom. Jako jedyny przedstawiciel gatunku   ma co prawda niczym nieograniczoną swobodę, lecz w końcu zaczynają dochodzić do głosu demony samotności, izolacji i szaleństwa. „Człowiek jest istotą społeczną” – chciałoby się zacytować klasyka.  Ta część filmu rozegrana jest w sposób koncertowy, przekonująco oddając stany emocjonalne protagonisty.  W tych kilkudziesięciu minutach klimat jest tak gęsty że nieomal można go kroić nożem. Niestety środkowa partia jest dostrzegalnie słabsza. Tempo i nastrój zaczynają „siadać” i dopiero końcówka przywołuje początkowe zachwyty.  A szczególnie, piękne i niejednoznaczne ostatnie ujęcie. Właśnie przez końcowe sceny film został otoczony kultem w pewnych kręgach. Bo choć sama fabuła przez większość seansu nie grzeszy skomplikowaniem, to sceny zamykające poddają w wątpliwość  jednoznacznego  ocenienia tej historii.

„The Quiet Earth” sprawdza się przede wszystkim jako nastrojowe i co ciekawe dość realistyczne s-f w czym spory udział ma (o dziwo!) bardzo solidne aktorstwo oraz pomysłowo zaaranżowane sceny. Przykład? Choćby taki  jak akcja w opuszczonym kościele, gdzie  bohater wygraża Bogu, że jeśli ten nie pojawi się szybko i nie wytłumaczy się, to zabije „dzieciaka” . Malkontenci będą kręcić nosem na niektóre wady typowe dla tego typu kina. Skromny budżet niejako wymusił pewne niedociągnięcia realizacyjne, a i niektóre pomysły scenariuszowe nie do końca wypaliły, ale film wynagradza wyrozumiałość  odważnym i dorosłym podejściem do tematu. Chociażby już za to należy się szacunek.

Zarówno „Miracle Mile” jak i „The Quiet Earth” to spełniony sen każdego miłośnika s-f. Jakże inne są te produkcje od tych serwowanych nam współcześnie.  Przy całej swojej „zajebistości” (nie bójmy się tego słowa) najzabawniejszy pozostaje fakt, że „Miracle Mile” nie doczekało się nigdy kinowej dystrybucji, zadowalając się statusem filmu telewizyjnego, zaś  ” The Quiet Earth” pozostaje mało znany nawet w swoim kraju. I bądź tu człowieku mądry.