Zaznacz stronę

„W paszczy szaleństwa” – zapomniana perełka

Sty 21, 2013 | FILM, Z dna szuflady |

Sty 21, 2013 | FILM, Z dna szuflady |

 Wielcy Przedwieczni, zło czyhające gdzieś na granicy rzeczywistości, pradawne kulty i zacieśniająca się wokół głównych bohaterów pętla szaleństwa. Tak to wszystko jest w tym filmie. Choć w żadnym przypadku nie jest to bezpośrednia adaptacja prozy Lovecrafta.

Opowieści „samotnika z Providence” żyjącego na przełomie XIX i XX wieku przetrwały aż do dzisiaj i ciągle fascynują kolejne pokolenia czytelników. Do srebrnego ekranu słynny pisarz jakoś nie miał do tej pory szczęścia, bo dotychczasowe adaptacje jego dzieł stały co najwyżej na przeciętnym poziomie. Gdzieś w oddali majaczy ekranizacja „W górach szaleństwa” za którą ma odpowiadać Guilermmo Del Toro, ale produkcja ta była już wielokrotnie wstrzymywana raczej wstrzymam się z entuzjazmem do momentu gdy zobaczę pierwszy zwiastun. W gruncie rzeczy do rozpatrzenia pozostaje więc tylko jedna pozycja i to taka która nawet nie bazuje na żadnej z książek, jednak przez wzgląd na wszystko co sobą reprezentuje przyznać trzeba, że niczego bliższego Lovecraftowi niż „W paszczy szaleństwa” do tej pory nie stworzono.

Mouth 3

 

Naszym punktem odniesienia jest postać Johna Trenta (Sam Neill), wiecznie wątpiącego prywatnego detektywa tropiącego oszustwa ubezpieczeniowe, obdarzonego olbrzymim zapasem pewności siebie oraz odporności na wszelakie bujdy. Poznajemy Go w momencie gdy staje się gościem zakładu psychiatrycznego. Pewnej nocy odwiedza go bliżej nieznany psychoanalityk i w tym momencie John zaczyna snuć swoją opowieść. Jego tragiczna historia rozpoczyna się od przyjęcia zlecenia na odszukanie poczytnego autora powieści z dreszczykiem – Suttera Cane’a. Nasz bohater od początku podejrzewa, iż cała sprawa jest grubymi nici szyta przez żądnego rozgłosu wydawcę. W końcu jednak wpada na właściwy trop i wraz z przydzieloną mu przez zleceniodawcę towarzyszką podróży, rusza na poszukiwanie miasteczka o wdzięcznej nazwie Hobby’s End. Koszmar dopiero się rozpoczyna…

 Mouth 1„W paszczy szaleństwa” jest jednym wielkim nawiązaniem do twórczości H.P. Lovecrafta, zarówno w warstwie treściowej jaki i formalnej. W formalnej, bo Carpenter wpisuje horrorową konwencję w klimaty kina klasy B. Takoż fabuła wykorzystująca niemal wszystkie motywy groszowych powieści grozy jak i te zaczerpnięte wprost z kart powieści amerykańskiego autora. Sama postać Suttera Cane’a to przecież jedno wielkie nawiązanie do Lovecrafta. Tak jak swój słynny odpowiednik tak Cane jest oskarżany w filmie o grafomanię oraz nieustannie żerowanie na tych samych rozwiązaniach fabularnych. Zresztą nawiązań do prozy Lovecrafta jest dużo więcej. Książka doprowadzająca czytającego do szaleństwa, pradawne złowrogie istoty czekające tylko odpowiedniego momentu na ponowne objęcie władania nad naszą planetą, dziwaczne miasteczko gdzieś na krańcu świata zaludnione przez jeszcze bardziej dziwacznych mieszkańców, stopniowo pogrążający się w obłędzie bohater czy nawet tytuł budzący od razu skojarzenie z „At the Mountains of Madness”.

 

Carpenter skonstruował swój film jako niemal hołd dla Lovecraftowskim strachów i obsesji, przyprawiając to szczyptą prostych rozważań na temat sprawczej mocy literatury i jej wpływu na świadomość odbiorcy. Mimo bycia stricte horrorem, trudno nie odnieść czasem wrażenia, że całość nie jest mimo wszystko tworzona kompletnie na serio. „W paszczy szaleństwa” bierze niejako w nawias całą systematykę gatunku, stojąc niejako w opozycji do stylowych arcydzieł gatunku pokroju „Lśnienia”. Przypomina nieco stare, banalne historyjki grozy drukowane w podejrzanych periodykach, których celem było przede wszystkim nieustanne zaskakiwanie czytelnika, czasem nawet kosztem fabularnej logiki. Świetnie obrazuje to przewrotne zakończenie filmu, z diabolicznym autorem w roli nowego boga i roześmianym Samem Neill’em siedzącym w pustej sali kinowej. Co takiego nasz bohater oglądał, nie zdradzę. Niech to pozostanie niespodzianką.

Mouth 5

Wspomniany nawias to bodaj największa siła i jednocześnie największa słabość tego dzieła. Oczekujących czystej horrorowej strawy, film Carpentera raczej zirytuje, a w najlepszym razie pozostawi obojętnym. Pozostali będą zaś świetnie się bawić, próbując wyłapać w którym jeszcze miejscu reżyser puszcza do widza oczko i przez cały czas zastanawiać się jakim cudem ta dziwaczna konstrukcja trzyma się w jednym kawałku.

 „W paszczy szaleństwa” może niekonieczne przeraża, ale to bodaj jeden z bardziej niedocenionych filmów grozy lat 90-tych. John Carpenter sprzedając nam strachy zalegające w swojej głowie, czyni to sposób bardzo klasyczny opierając na zaskakujących cięciach, gwałtownych uderzeniach muzyki i przerażających rzeczach kryjących się na granicy wzroku. W czasach kiedy zapotrzebowanie na celuloidowe przerażenie jest wyjątkowo duże – o czym świadczą choćby kapitalne wyniki finansowe produkowanych tanim kosztem serii pokroju „Piły” czy „Paranormal Activity”, którego trzecia część osiągnęła wynik 200 milionów dolarów zysku przy niespełna 5 milionach budżetu – warto zaznajomić się z filmem który potrafił być i straszny, i potrafił podjąć z widzami specyficzną grę na skojarzenia. W sytuacji gdy na prawdziwą ekranizację powieści Lovecrafra przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać „W paszczy szaleństwa” pozostaje w moim mniemaniu chyba najlepszym wyborem dla wszystkich fanów wszechpotężnego Cthulhu.

No to miłego seansu!