Zaznacz stronę

“Bóg umarł” – pisał kiedyś Nietzsche. Autor książki – Yann Martel – oraz twórcy filmu chyba nie zgadzają się z tym twierdzeniem, bo w “Życiu Pi” Bóg żyje i ma się całkiem dobrze. W trakcie tej recenzji to niebezpieczne słowo pisane z dużej litery “B” padnie jeszcze nie raz. I to jest zarówno zachęta, jak i przestroga – zwłaszcza dla tych, którzy uczuleni są na takie tematy w każdej postaci. “Życie Pi” dostarcza ich w ilościach hurtowych, choć miłośnicy prowokacyjnych pytań mimo wszystko mogą pozostać rozczarowani.

Tygrys i chłopiec - Życie Pi

“Życiu Pi” Bóg jest wszechobecny. Najpierw ukrywa się w starych rytuałach i świątyniach. Później dostrzegamy go w szalonej burzy, wschodzącym słońcu, tajemniczej wyspie na środku oceanu czy w pustych oczach krwiożerczego tygrysa. Zaś na samym końcu będziemy mogli go ujrzeć w ludzkich duszach i ich czynach, – nawet tych najstraszniejszych – których wyrazem pozostanie przeorana doświadczeniami twarz Pi Patela. To głębokie panteistyczne przeświadczenie zrównujące Boga ze światem nie bierze się znikąd. Młody Patel od początku ma styczność nie tylko przyrodą, ale również z ogromnym wielokulturowym monstrum jakim są ówczesne Indie. Bohater jest zafascynowany religią, chłonąc każdą doktrynę niczym ideologiczna gąbka. To właśnie ta postawa, a nie zimny, życiowy racjonalizm, pozwoli mu później przetrwać na pełnym morzu i dobrnąć do szczęśliwego końca tej opowieści.

Life of PiKrytykujący “Życie Pi” zarzucają temu filmowi pewną pretensjonalność w podejściu do religijnych kwestii, wskazując jednocześnie na fabularną jednowymiarowość i brak pytań prowokujących do odważnych odpowiedzi. Mam wrażenie, że jednak nie wszyscy uważnie oglądali ten film. Tak, Bóg jest tutaj pięknem ukrytym w zachwycających kadrach. Dobrocią i  różnorodnością zawartą w całym stworzeniu.  Ale jest także morską katastrofą, w której Pi traci całą swoją rodzinę czy inną historią snutą przez bohatera w ostatnich kilku minutach filmu.

Chociaż film w zasadzie przez większość czasu podąża jedną ścieżką, a my jesteśmy popychani do zaakceptowanie  punktu widzenia reżysera, to jednak na sam koniec dostajemy wybór. Wybór, który pozwoli nam zdecydować czy dostrzeżemy puste pole w miejscu pradawnego wzoru, którego tak naprawdę nigdy nie było czy raczej znajdziemy odpowiedź na dręczące nas pytania. Twórcy filmu, utożsamiając Boga z przyrodą i całym światem, przy okazji sugerują też, że obu wypadkach mamy do czynienia z odwieczną siłą, która bywa nie tylko zachwycająca w swojej wspaniałości, ale również  nieprzewidywalna, a nawet brutalna. Ale przecież w przyrodzie nic nie ginie i nawet najszkaradniejsze stworzenie możemy dostąpić aktu miłosierdzia, prawda? Można zarzucać temu filmowi banalność, ale tak naprawdę  takie obrazy zdarzają się bardzo rzadko… A jeszcze mniej będzie takich naprawdę przystępnych, a przy tym nieobrażających inteligencji widza.

Życie Pi

Te osoby, które czytają od czasu do czasu mojego bloga – a czasem ktoś zagląda, co widzę w statystykach – wiedzą, że rzadko rozpisuję o takich rzeczach jak aktorstwo czy muzyka. Ale wypada o tym wspomnieć. Po pierwsze – “Życie Pi” jest piękne. Jeden z najlepszych popisów operatorskich w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Ścisłe TOP 3 i chyba tylko Roger Deakins w “Skyfall” zrobił na mnie lepsze wrażenie. Cała reszta to niezmiennie wysoki poziom od początku do końca. Aktorsko film jedzie na mało znanym hinduskim młodzieńcu… Ale jedzie skutecznie i ani na moment nie zalicza wywrotki. Podobać się też może kapitalne CGI, którym obdarowano towarzysza podróży Pi Patela – krwiożerczego tygrysa. Nie raz, i nie dwa można się zastanowić czy rzeczywiście nie jest to prawdziwe zwierzę.

Jakieś wady? Czasem nie wszystko gra – niektóre sceny się przeciągają, muzyka jakoś nie zapada w pamięć, a i efekty specjalnie nie zawsze spisują się celująco. Trochę nieszczęśliwa jest też decyzja rozbicia fabuły na dwa plany czasowe, co miejscami rozbija dynamikę i klimat opowieści. “Życie Pi” nie jest i nie będzie najlepszym filmem tego roku, ale z zaskoczeniem trzeba stwierdzić, iż wychodzi obronną ręką z bardzo grząskiego gruntu. A to już nielada sztuka. Polecam.

7